niedziela, 23 lipca 2017

Seriale, które oglądam #3

Seriale, które oglądam #3
Nadszedł ten dzień, kiedy przychodzę do was z kolejną dawką seriali, które zaczęłam oglądać od ostatniego tego typu posta. Znowu mam dla was cztery produkcje, jednak nie wszystkie z nich podbiły moje serce, więc bez zbędnego przedłużania, zapraszam na post.:)


Riverdale zaczęłam w momencie, gdy dostępne były pierwsze siedem odcinków. Wszyscy na instastory polecali ten serial, ale ja jakoś cały czas się przed nim wzbraniałam i nie chciałam go zaczynać, aż którejś pięknej soboty coś mnie tknęło i włączyłam pierwszy odcinek. Nie był on jakoś super wybitny, ale że zagadka mnie zaciekawiła to oglądałam dalej i nawet nie wiem kiedy to się stało, ale obejrzałam jednego dnia wszystkie dostępne odcinki i tak zaczęła się moja nowa miłość. Riverdale opowiada historię pewnego miasta w którym doszło do tragedii. Jason Blossom znika i zostaje uznany za martwego, bo nikt nie potrafi go namierzyć. Za sprawę jego zaginięcia, oprócz policji, zabierają się nastolatkowie i próbują odkryć co tak naprawdę się wydarzyło. Serial ten bardzo przypomina mi Pretty Little Liars, które uwielbiam. Tajemnicza zagadka, którą każdy chce odkryć połączona z świetnym klimatem małego miasteczka, w którym każdy się zna, daje ciekawy, wciągający serial. Poza tym występuje tam Cole Sprouse, więc czego chcieć więcej.


W ostatnim poście tego typu pisałam, że kiedyś oglądałam Pamiętniki Wampirów, ale zaczęły mnie nudzić, jednak wypuszczenie ostatniego odcinka tak bardzo zawładnęło fanami serialu, że zapragnęłam do niego wrócić. Myślę, że zadziałał tutaj sentyment - Pamiętniki to pierwszy serial, za który zabrałam się na poważnie i zatęskniłam do tego świata. Na ten moment jestem w połowie siódmego sezonu i jest mi trochę przykro, że niedługo moja przygoda z braćmi Salvatore się zakończy.


Serialem, za który zabrałam się od razu po przeczytaniu książki, jest Confess, czyli mini produkcja na podstawie powieści Colleen Hoover. Liczy on sobie tylko siedem odcinków, które trwają niecałe dwadzieścia minut, więc obejrzałam go bodajże w dwa dni. Nie mogę napisać, że był to czas stracony, ale ta produkcja nie dorasta książce do pięt. Jedyne co mi się w niej podobało to relacja między Auburn i Owenem. Reszta była mocno słaba i często wręcz sztuczna, poza tym wprowadzono tutaj wiele odstępstw od oryginalnej wersji, co nie koniecznie wyszło na plus. Serialu nie polecę, ale jeśli ktoś się zdecyduje obejrzeć, to na pewno pójdzie mu to bardzo sprawnie.


Na koniec zostawiłam mój ulubieniec, za który zabrałam się od razu po maturach. Mowa tutaj o Hannie Montanie. Uwielbiam Hannę, a jako że w telewizji zawsze umykał mi jakiś odcinek, to teraz mogę sobie obejrzeć je wszystkie po kolei. Podczas oglądania uśmiech nie schodzi mi z twarzy i ciągle przypominam sobie jak świetne są te stare produkcje Disneya. Właśnie te "starocie" wolę o wiele bardziej. Kocham humor Jacksona i jego przekomarzanki z Rico. Kocham rozterki miłosne Miley. Kocham nieogarnięcie Lily. Kocham samouwielbienie Olivera. Zabranie się za ten serial było jedną z lepszych decyzji i coś czuję, że jak go skończę, przyjdzie kolej na Nie ma to jak statek.

Standardowo z chęcią się dowiem co wy oglądacie i czy może jest to coś z tego, co ja wymieniłam. Jako że teraz mam już wakacje i mnóstwo wolnego czasu, to z chęcią zacznę coś nowego, bo nie samymi książkami przecież człowiek żyje.:)

środa, 19 lipca 2017

Lily i ośmiornica | Steven Rowley

Lily i ośmiornica | Steven Rowley

Psy to zwierzęta, które są bliskie mojemu sercu. Jako mała dziewczynka zawsze pragnęłam mieć swojego czworonożnego przyjaciela. Męczyłam rodziców do momentu aż się zgodzili i razem z tatą pojechałam po nowego członka rodziny. Nasza mała Kropka jest już z nami kilka lat, a ja nie wyobrażam sobie życie bez niej, chodź czasami udaremnia dostarczenie przesyłki nawet najodważniejszemu kurierowi. Gdy tylko dowiedziałam się, że książka Lily i ośmiornica właśnie o psiaku opowiada, przepadłam i jak najszybciej zapragnęłam ją poznać.

Ted i Lily. Lily i Ted. To duet, który może pochwalić się długim stażem. Ta para wypracowała nawet swoje nawyki: w czwartki rozmawiają o przystojnych facetach, w piątki grają w Monopoly, a w soboty oglądają filmy. Nie widzą poza sobą świata i wcale nie przeszkadza w tym fakt, że Lily to dwunastoletni, a po przeliczeniu na pieskie lata osiemdziesięcioczteroletni, jamnik. Jest najlepszym towarzyszem dla swojego pana, aż do momentu, gdy na jej głowie pojawia się nieproszony gość - ośmiornica. Przebrzydła, oślizgła ośmiornica, która bez zapowiedzi wdziera się w spokojne i ułożone życie tej dwójki i chce je wywrócić do góry nogami. Ted nie może się na to zgodzić i rozpoczyna walkę z pasożytem, w której nagrodą dla zwycięscy jest Lily.

Wiem, że opis może brzmieć trochę abstrakcyjnie. Ośmiornica na głowie jamnika to raczej niespotykany widok, ale jak możecie się domyślić jest ona pewnego rodzaju metaforą. Symbolizuje coś, z czym główny bohater nie potrafi sobie poradzić, więc tworzy własną wizję rzeczywistości, w której wrogiem jest właśnie złośliwa ośmiornica. Jego walka nie jest wyrównana - przecież ośmiornica stała się częścią ukochanego psa i zranienie jej wiąże się ze sprawieniem bólu Lily. Sytuacja iście patowa, ale Ted, który tak naprawdę nazywa się Edward, nie chce oddać tego meczu walkowerem i robi wszystko, by pokonać potwora.

Główni bohaterowie to człowiek i pies. Połączenie znane mi już nie od dziś, ale za każdym razem równie urocze i rozczulające. Relacja między tą dwójką jest wręcz wzorcowa. Razem jedzą, razem śpią, razem chodzą na spacery. Można rzec, że są odzwierciedleniem idealnego związku, w którym obie strony umieją porozumiewać się bez słów. Mają tylko siebie i wcale im to nie przeszkadza. Ośmiornica rujnuje im całą rutynę. Sprawia, że Ted pogrąża się w rozpaczy i nie wie jak ma sobie z nią poradzić. Początkowo stara się ją nawet ignorować, aż sytuacja wymaga konsultacji ze specjalistą, który nie ma dobrych wieści. Ted jednak się nie poddaje i bierze sprawy w swoje ręce. Przecież ośmiornica nie jest niezniszczalna i przy pomocy wyobraźni oraz kilku zaprzyjaźnionych rekinów rozpoczyna się starcie. 

Całą tę książkę określiłabym jako coś słodko-gorzkiego. Wszystko co dotyczyło zmagania się z chorobą Lily zasmucało mnie z każdą kolejną stroną coraz bardziej. Niesamowicie współczułam jej i Tedowi obserwując jego walkę, która nie przynosiła rezultatów. W miarę jak choroba postępowała, mój nastrój cały czas się pogarszał i razem z głównym bohaterem nie mogłam się z tym pogodzić, aż do kulminacyjnego momentu, przy którym miałam ochotę rzucać telefonem o ściany. W pełni mogłam utożsamić się z Tedem i od razu w głowie pojawiały mi się myśli, jak ja poradziłabym sobie, gdyby mojego psa zaatakowała tak nieustępliwa ośmiornica. Z drugiej strony, mimo ponurego nastroju, który towarzyszy podczas czytania całej książki, daje ona promyk nadziei na lepsze jutro, szczególnie za sprawą pozytywnego zakończenia. Oczywiście nie napiszę wam, o co chodzi, bo czytanie tej książki byłoby wtedy bez sensu, ale uwierzcie, że ostatnie kilka stron chodź w pewnym stopniu skleiły moje złamane serce. Wywołały lekki uśmiech i właśnie z nim zakończyłam lekturę, spokojna o dalsze losy Teda.

Mimo tematu jaki porusza, książkę Stevena Rowley'a czyta się szybciutko i z przyjemnością. Krótkie rozdziały podzielone na kilka części umykają z prędkością światła i chwila moment, a następuje napis "Podziękowania". Nie jest ciężko połapać się we wszystkich wydarzeniach, co od pierwszych stron pozwala zaangażować się w historię. Gdy zaczęłam czytać Lily i ośmiornicę skojarzyła mi się ona z wychwalaną przeze mnie Głębią Challengera. Obie te książki mają ze sobą coś wspólnego, ale tę o Lily łatwiej jest zrozumieć i nie wymaga tak intensywnego skupienia jak opowieść o Cadenie. Poza tym jednym z głównych bohaterów jest pies, czy nie jest to wystarczającą zachętą?

Lily i ośmiornica to książka, która wzruszy nawet największego twardziela. W pełni zaangażowałam się w poczynania głównych bohaterów i miałam ogromną ochotę stanąć do walki razem z Tedem. Razem z nim opiekowałam się Lily i przeżywałam każdą porażkę. Lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika zwierząt, która umili leniwe letnie wieczory.

niedziela, 16 lipca 2017

Bookstagram - co i jak?

Bookstagram - co i jak?

Bookstagram to miejsce, które zajmuje spory kawałek mojego serca. Od niego zaczęła się moja przygoda z blogowaniem, robieniem zdjęć książek i gdyby nie on, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie byłoby mnie tu (jeden zostawiam na wszelki wypadek, bo kto wie, co przyszłoby mi do głowy). Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem napisania postu właśnie związanego z tą tematyką. Na instagramie był spory odzew, gdy zapytałam, czy chcecie coś w stylu porad jak robić zdjęcia, więc oto jestem i zabieram się za pisanie.

Na wstępie chcę wyraźnie zaznaczyć, że nie uważam się za żadnego specjalistę czy eksperta. Nie będą to rady, które są niezbędne w waszym życiu, tylko zdradzę wam trochę tego, jak ja robię zdjęcia i do całego tego procesu podchodzę.. Absolutnie nie musicie się ze mną zgadzać - każdy ma inne metody i pomysły i jest to tylko i wyłącznie moja subiektywna opinia.

1. Nastawienie.

Pierwszy i najważniejszy punkt z całej tej listy. Musicie wiedzieć, dlaczego chcecie robić te zdjęcia i co wam to da. Jeśli wasze konto będzie budowane na pasji i miłości do książek to mogę wam zagwarantować, że będzie zauważalne to na waszych fotografiach. Pamiętacie też, że każdy może mieć gorszy dzień. Nie zawsze muszą wam wychodzić same fenomenalne ujęcia, więc nie martwcie się tym. Odłóżcie sprzęt, odpocznijcie i nie róbcie niczego na siłę, bo nie tak jest tego cel. Sama mam takie dni, kiedy w żaden sposób nie potrafię zrobić zadawalającego mnie zdjęcia i często mnie to irytuje, ale potem uświadamiam sobie, że nie tędy droga i jak podejdę do tego na luzie, to będzie o wiele lepiej i serio tak jest.

2. Znajdź swój styl.

Każdy ma inny pomysł na swoje zdjęcia i to jest świetne. Gdyby wszyscy mieli takie same konta, to znudziłoby się to nam prędzej czy poźniej. Absolutnie nie chodzi mi tu o to, że jeśli ktoś ma minimalistyczne zdjęcia, to wy nie możecie takich mieć. Oczywiście, że możecie, ale musi to być coś co podoba się wam, a nie będziecie robić takie, bo ktoś inny też takie ma i on ma dużo obserwacji, to wy też wtedy będziecie ich dużo mieć. Kombinujcie, eksperymentujcie, róbcie zdjęcia wszędzie gdzie się da, bo poprzez spróbowanie wielu opcji znajdziecie tę, która będzie się wam najbardziej podobała.

3. Sprzęt.

Tu was zaskoczę, ale do prowadzenia bookstagrama nie jest potrzebna lustrzanka z najwyższej półki i wystarczy zwykły aparat w telefonie. Sama używam tylko jego i chodź nie ukrywam, że marzy mi się profesjonalny sprzęt, to wychodzę z założenia, że dla chcącego nic trudnego. Nawet aparatem w telefonie można zdziałać cuda, więc jeśli macie do dyspozycji tylko go, głowa do góry i zaczynajcie cykać.

4. Światło.

Światło to bardzo ważny element i myślę, że każdy o tym wie. Oczywiste jest to, że w dobrym oświetleniu zdjęcia wychodzą lepsze, bardziej wyraźne. Wbrew pozorom południe, gdy tego światła jest najwięcej, nie jest odpowiednią porą. Najlepiej wychodzą ujęcia w porannym lub zachodzącym słońcu. Jest wtedy ono łagodniejsze i potrafi zdziałać cuda z naszymi zdjęciami. Spróbujcie zrobić zdjęcia o tych trzech porach dnia: rano, w południe i pod wieczór. Sami zauważycie różnice.

5. Kadr.

Kolejny istotny aspekt. Każdy inaczej kadruje zdjęcia. Jest to już kwestia upodobań, ale od siebie mogę polecić wam robienie wielu zdjęć z różnych perspektyw. Gdy tylko raz klikniecie przycisk aparatu i stwierdzicie okej, jest wystarczająco, to może potem się okazać, że coś się gdzieś rozmazało, albo książka leży krzywo i jednak wam się nie podoba. Złotym środkiem jest po prostu robienie kilku, a nawet kilkunastu ujęć nawet dla książki nawet na zwykłym białym tle. Poza tym polecam wam włączyć opcję takiej śmiesznej kratki, która dzieli wam obraz na dziewięć prostokątów i pomaga dobrze wszystko umieścić. O samym rozłożeniu elementów przy pomocy właśnie tej kratki możecie sporo poczytać w internecie, więc nie będę tego tutaj już pisać.

6. Aplikacja do przerabiania zdjęć to twój przyjaciel.

Nawet nie wyobrażacie sobie jak może zmienić się zdjęcie po dodaniu na nie filtra. Od siebie najbardziej polecam wam aplikację vsco cam. Sama używam jej do każdego zdjęcia i chodź mam tylko te podstawowe filtry, to w zupełności mi one wystarczają. Oprócz filtrów, w vsco możecie rozjaśniać i przyciemniać zdjęcia, zmieniać kontrast, temperaturę, nasycenie i wiele wiele innych, więc warto się jej przyjrzeć i sprawdzić co oferuję ta aplikacja.

I to by było na tyle. Nie jest to na pewno nic odkrywczego i pewnie większość z was chodź do części z tych wskazówek się stosuje. Jeśli chcielibyście jeszcze coś wiedzieć w związku z bookstagram'em to śmiało możecie pytać, chętnie odpowiem na wszystko. Mam również nadzieję, że może komuś pomogłam z rozwojem jego konta. Dajcie koniecznie znać, czy post tego typu przypadł wam do gustu. Uściski.

wtorek, 11 lipca 2017

Projekt mąż | Aleksandra Krupa

Projekt mąż | Aleksandra Krupa

Do polskich autorów, ze smutkiem rzec muszę, podchodzę bardzo ostrożnie. Jedynym pisarzem z ich grona, którego darzę nieograniczonymi pokładami zaufania, jest Remigiusz Mróz. Resztę traktuję z lekką rezerwą, głównie dlatego, że nie mam dużego doświadczenia z lekturami naszych rodzimych pisarzy. Niemniej jednak stwierdziłam, że czas pozbyć się uprzedzeń i zacząć czytać więcej ze swojego podwórka, bo tyle się chwali zagraniczne książki, bez świadomości tego, co oferują te polskie. W moim przypadku na pierwszy ogień poszła książka Projekt mąż pani Aleksandry Krupy. Czy spełniła moje oczekiwania i będę mogła ją pochwalić?

Jak głosi opis na okładce Kika chce zrozumieć mężczyzn. Jest ona dojrzałą rozwódką z dzieckiem, gdy postanawia zmienić coś w swoim życiu i rozpracować przeciwną płeć. Jej plan obejmuje założenie konta na portalu randkowym oraz stopniowe poznawanie różnych typów mężczyzn pojawiających się tam. Chodzi na kolejne randki, zdobywa coraz większą wiedzę, co skutkuje zmianami zarówno w jej życiu, jak i podejściu do świata.

Zacznijmy od tego, że ta książka jest niebywale niewielkich rozmiarów. Przyznam się, że gdy przeczytałam opis w internecie nie zwróciłam uwagi na liczbę stron i po takiej zapowiedzi spodziewałam się czegoś o wiele obszerniejszego, a otwierając paczkę moim oczom ukazał się stuosiemdziesięciostronicowy maluszek, co mnie zaskoczyło. Tekst na okładce sugeruje, że ma to być książka niewątpliwie psychologiczna, zagłębiająca się w tajniki męskiego umysłu, a tu taka niespodzianka. W tym momencie zaczęły się moje pierwsze wątpliwości w stosunku do tej powieści. Kolejne pojawiły się, gdy przeczytałam notkę biograficzną na skrzydełku. Jest w niej zamieszczona informacja, że autorka pracowała nad nią aż dwa lata, co trochę gryzło mi się z jej gabarytami. Mimo wszystko założyłam, że może jest w niej rzeczywiście dużo psychologii, której zanalizowanie trwa pewien czas, jednak gdzieś z tyłu głowy wciąż pojawiał się głos niepewności. Zaczęłam czytać no i cóż, moje obawy się potwierdziły.


Kika to dorosła kobieta, która na pierwszych stronach rysuję się jako gniewna, niepogodzona z losem bohaterka. Obwinia cały męski gatunek za swoje niepowodzenie z byłym mężem i przygotowuje plan, który ma jej pomóc w ukaraniu jak największej ilości przedstawicieli tej płci. Zakłada konto na SeeMe i pogrąża się w wirtualnym świecie. Tej bohaterki nie potrafiłam polubić. Już od pierwszych stron mnie denerwowała i była totalnym przeciwieństwem tego, co ja cenię w ludziach, ale rozumiałam jej sytuację. Stała się typową kurą domową, z pracą, której nie cierpi i mnóstwem obowiązków na głowie. Do tego rozstała się z mężem i razem z córką Hanią ledwo wiązały koniec z końcem. Historia naprawdę obiecująca, bo status kobiety, jaką reprezentuje Kika jest powszechnie znany, więc sam pomysł i możliwość rozwinięcia go w tę psychologiczną stronę na wielki plus, ale to by było na tyle. 

Czytając tę książkę miałam wrażenie, że autorka na siłę chciała wrzucić w życie głównej bohaterki tyle dramatów, ile tylko mogła. Dawno nie spotkałam się z tak tragiczną postacią, jaką była Kika i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że na tak niewielkiej objętość książki po prostu nie da się umieścić tylu przykrych sytuacji życiowych. Żadna z nich nie była rozwinięta w satysfakcjonujący mnie sposób i kolejne z nich następowały w zadziwiającym tempie. Same znajomości z różnego rodzaju mężczyznami przedstawione były w nad wyraz powierzchowny sposób, a część tych związków trwała przeszło kilka miesięcy, które pani Krupa opakowała w dosłownie dwadzieścia, trzydzieści stron. Szkoda, i to wielka szkoda, bo na każdą z tych relacji widać było, że autorka miała inny plan, który mógł rozwinąć się w coś fantastycznego i złożonego, a niestety został zmarnowany jedynie potencjał na świetną historię. 

Tak jak wyżej pisałam, mnogość wątków i okazji do rozwinięcia przygód Kiki była zadziwiająca, ale jednocześnie nierzeczywista. To nawarstwienie sprawiało, że czułam, jakby autorka sama nie mogła się zdecydować o czym chce pisać i w którą stronę poprowadzić całą fabułę. Początkowo zagłębiła się w kolejnych facetów głównej bohaterki tylko po to, aby mniej więcej w połowie lektury wyskoczyć z poważną chorobą. Brakowało mi tu jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego i książka wyglądała jak połączenie dwóch zupełnie innych historii, które miały tylko wspólną bohaterkę. 

Nie wiem jak was, ale mnie zawsze najbardziej boli rozczarowanie. Rozczarowanie, gdy spodziewam się czegoś świetnego, co przekona mnie chociażby do danego autora, a sprawia, że mam ochotę omijać go szerokim łukiem. Projekt mąż jest właśnie taką książką. Czymś z genialnym pomysłem, ale mocno średnim wykonaniem. Ubolewam nad tym niemiłosiernie i żałuję, że ta historia nie spełniła moich oczekiwań.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Nowae Res.

czwartek, 6 lipca 2017

Nowe książki | czerwiec 2017

Nowe książki | czerwiec 2017
na zdjęciu brakuje Początku wszystkiego, który pożyczyłam
Byłam pewna, że pisząc ten post pierwszy raz będę mogła się pochwalić, że niczego sama sobie nie kupiłam. Niestety, albo stety jedno wejść na facebook'a, na którym swoją drogą nie byłam ponad miesiąc, zmieniło zupełnie sytuację zakupową w czerwcu. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że była to niesamowita okazja, dzięki której zdobyłam pięć szukanych przeze mnie książek (no dobra, tylko trzy były szukane, ale dwóch pozostałych nie mogłam zostawić skoro i tak już musiałam zapłacić za przesyłkę). Jednak zacznijmy od samego początku. W czerwcu przybyło do mnie szesnaście książek i tak jak wyżej wspominałam, tylko pięć z nich kupiłam sobie sama, ale o tym później.

Pierwsza książka to oczywiście prezent na dzień dziecka, bo przecież dzieckiem jest się całe życie. Tym razem padło na reportaże Polska odwraca oczy, które już od dawna chciałam kupić za sprawą Marty z bloga Życie między wierszami. Ta niepozorna lektura ma mnie zaznajomić z różnymi sprawami dziejącymi się w Polsce, a które zostały "zamiecione pod dywan". Liczę na coś wstrząsającego i z tego co się orientowałam moje oczekiwania będą spełnione.

Jeszcze w maju wygrałam konkurs na instagramie u Marty, gdzie można było otrzymać nową książkę Agaty Czykierdy-Grabowskiej, czyli Wszystkie twoje marzenia. Nie miałam wcześniej okazji zapoznać się z twórczością tej autorki, ale muszę przyznać, że polskie new adult to coś, czego chcę spróbować i sprawdzić jak nasza rodzima autorka poradziła sobie z tym gatunkiem.

Siódmy czerwca był dniem paczek, bo wtedy właśnie przyszły do mnie trzy kolejne książki. Nothing less od wydawnictwa Znak, Początek wszystkiego od Moondrive'a i Światło, które utraciliśmy od wydawnictwa Otwartego. O każdej z nich znajdziecie już posty na blogu, więc nie będę się tutaj rozpisywać, tylko odeślę zainteresowanych właśnie do nich.

Ponownie od wydawnictwa Znak dotarła do mnie książka Życie w średniowiecznym zamku, która jest rekomendowana przez samego George'a R. R. Martina. Jeśli facet, który stworzył coś tak genialnego jak Gra o tron, poleca tę pozycję to ja musiałam ją mieć i już niedługo się za nią zabiorę.

W czerwcu nawiązałam również współpracę z dwoma autorami: Arturem Urbanowiczem i Wiktorem Orłem. Dostałam od nich książki Gałęziste oraz I tak dalej. Obie już przeczytałam i o nich również znajdziecie już moją opinię na blogu.

W maju miałam trochę szczęścia, bo udało mi się wygrać kolejny konkurs tym razem u Anielki z instagrama Anielka czyta. Książkę zaliczam jednak na czerwiec, bo właśnie wtedy do mnie dotarła. W tym rozdaniu mogłam sama sobie wybrać nagrodę i postawiłam na Tysiąc pocałunków, którymi ostatnio wszyscy się zachwycają. Mam nadzieję, że i ja pokocham tę historię i już nie mogę się doczekać, kiedy się za nią zabiorę.

Tak jak pisałam na samym początku, poczyniłam jeden jedyny zakup w tym miesiącu i kupiłam pięć książek po angielsku od pewnej pani na grupie na facebooku'u. W moim kartonie znalazły się 1,2 i 4 część Harry'ego Pottera, Me before you oraz After you. Za wszystko zapłaciłam śmieszne pieniądze, bo około 60 zł i teraz do mojej kolekcji brakuje już tylko Więźnia Azkabanu w tym pierwszym, angielskim wydaniu.

I już ostatnie dwie przesyłki (przynajmniej mam taką nadzieję, bo przygotowuje ten post w połowie czerwca) to paczka od wydawnictwa Literackiego i Nowae Res. W pierwszej z nich znalazła się książka Drugi koniec świata, która miała swoją premierę piątego lipca. Narazie za wiele nie opowiem wam o tej pozycji, ale ma przepiękną okładkę, która od razu przyciąga wzrok. Gdy tylko ją przeczytam na pewno pojawi się na jej temat post, więc to wszystko tylko kwestia czasu. W przesyłce od Nowae Res dostałam Przeminęło z mailem, czyli historię o pewnym profesorze i studentce. Książką powinna być lekka i przyjemna i również o niej na pewno pojawi się wpis.

To tyle na dziś. Jeśli od momentu zaplanowania tego postu coś do mnie jeszcze przyszło to nie martwcie się, na pewno pokaże to w kolejnym poście o nowych książkach. Jak wiecie, a jeśli nie, to odsyłam was do tego posta KLIK, jestem w pracy i nie mam dostępu do książkowej poczty. Mam nadzieję, że wasz czerwiec był udany i zdobyliście wszystkie książki, które chcieliście. Uściski.

wtorek, 4 lipca 2017

I tak dalej | Wiktor Orzeł

I tak dalej | Wiktor Orzeł

Jak mogliście zauważyć, ostatnio zaczęłam sięgać po więcej książek polskich pisarzy. Jest to jedno z moich postanowień czytelniczych, bo chcę pozbyć się uprzedzeń w stosunku do rodzimych autorów. Mój kolejny wybór padł na niepozorną historię ukrytą pod tytułem I tak dalej. Minimalistyczna okłada imitująca paragon oraz opis zachęciły mnie do tego stopnia, że zdecydowałam się na przeczytanie tej książki, ale czy była to dobra decyzja?

Karol to student, który wszystko w swoim życiu robi na kredyt. Nie ma dnia, żeby nie był pijany lub upalony i ten stan nie jest dla niego niczym wyjątkowym. Odcina się od ludzi i buduje mur, aby nie zawiązać żadnych silniejszych relacji. Bardziej egzystuje niż żyje, do wszystkiego podchodząc z obojętnością.

Zabierając się za I tak dalej nie wiedziałam jak się w stosunku do niej nastawić. Zazwyczaj nie przepadam za tak krótkimi historiami i o wiele bardziej wolę czytać grubaśne tomiska liczące po sześćset, siedemset stron. Otworzyłam książkę i pierwsze co mi się zrzuciło w oczy to cytat Kurta Vonnegut'a "życie to gar gówna" a pod spodem dopisek "smacznego" od autora. Zrażające, ale jednocześnie idealnie wpasowujące się w moje dziwne poczucie humoru, więc po tej stronie moje podejście do tej historii było w zasadzie pozytywne, jednak po jej przeczytaniu czułam pustkę. Zamknęłam książkę i momentalnie większość z wydarzeń, które się w niej działy, wyleciały mi z głowy. Nie potrafię nawet na ten moment powiedzieć dokładnie o czym była. O jakimś studencie, który nie ma na siebie pomysłu i zamiast zrobić coś ze swoim życiem, woli cały czas chodzić pijany, nienadający się do niczego. Nie do końca to do mnie przemawia i chodź nie jestem jeszcze studentką (co zmieni się za trzy miesiące), to nie wydaje mi się, żeby tak wyglądało życie przeciętnego bywalca uczelni. Może moje zdanie się zmieni, gdy doświadczę uroków studiowania, ale narazie oceniam na podstawie swoich doświadczeń. 

Nie mam pojęcia jakim cudem w tej książce działo się tak dużo, a jednocześnie nie miałam wrażenia, że za dużo. Wiecie, jeśli historia składa się z przeszło stu stron powinien być jakiś limit na to, ile można w niej zawrzeć, a tutaj nie zostały zastosowane żadne hamulce. Przez to natłoczenie różnych wydarzeń cały czas trzeba było wręcz biec za tą książką, co w żadnym wypadku nie jest wadą. Nie ma chwili na nudę i nawet nie zarejestrowałam kiedy zostało mi pięć stron do końca. Przemieszczałam się z Karolem po różnych krakowskich spelunach oraz wybrałam się z nim na Maltę, gdzie jego poczynania nie różniły się za bardzo od tych w mieście zamieszkania.

Karol to specyficzny bohater, którego albo się lubi, albo nienawidzi. Ja należę do tej pierwszej grupy i mimo jego postępowania pałam do niego sympatią. Może nie reprezentuje wartości, które są dla mnie ważne, ale mimo wszystko odbierałam go jako zagubionego chłopca, który nie potrafi uwolnić się ze swoich przyzwyczajeń. Karol się obija i nic nie robi, ale jest jednocześnie inteligentny i wie, że gdyby chciał, mógłby więcej. Celowo kreuje się na taką, a nie inną postać, aby uniknąć zaangażowania w jakiekolwiek głębsze relacje międzyludzkie. Dlatego przyjaźni się z przypadkowymi bezdomnymi i staje w ich obronie, nie nawiązując z nikim żadnych głębszych związków.

I tak dalej to bardzo krótka książka, czego niesamowicie żałuję. Gdy przysiadłam do spisania luźnych myśli, które miały mi pomóc w późniejszym tworzeniu opinii, to pierwszy odnośnik, który zanotowałam brzmiał "za krótka". Za krótka i to o wiele za krótka, bo tak ciekawy bohater zasługuję na coś więcej i chodź historia, którą dostałam jest pełna i niczego jej nie brakuje, to mimo wszystko wolałabym, aby rozciągnęła się przynajmniej do tych dwustu stron. Mogłabym się wtedy w nią bardziej zaangażować i na pewno więcej bym z niej zapamiętała.

Ciężko jest mi ocenić czy I tak dalej mi się podobało czy nie. Moja relacja z tą książką działa na zasadzie kocham-nienawidzę. Wszystkie pojedyncze elementy przypadły mi do gustu, zaczynając na bohaterze, poprzez humor, wydarzenia i kończąc na przesłaniu refleksyjnym, ale zabrakło czegoś, co pozwoliłoby mi zachować tę książkę na dłużej w głowie. Jedno jest pewne, wrócę do niej za jakiś czas, aby móc z czystym umysłem na nowo poznać tę historię i wynieść z niej więcej niż za pierwszym razem.
Za książkę dziękuję autorowi.
Copyright © 2016 oddam ci książkę , Blogger