piątek, 30 czerwca 2017

Gałęziste | Artur Urbanowicz

Gałęziste | Artur Urbanowicz

Książką Gałęziste byłam tak bardzo zaciekawiona, że dnia kiedy miałam ją zacząć specjalnie ustawiłam sobie budzik, żeby wcześniej wstać i móc rozpocząć moją przygodę z tą pozycją. Fakt faktem, przeczytałam tylko prolog i sen mnie pokonał, ale liczą się chęci i determinacja. Od dłuższego czasu polowałam na coś z dreszczykiem, co mnie chodź trochę wystraszy i przerazi, więc skoro nadarzyła się okazja na przeczytanie właśnie tego typu powieści, nie mogłam odmówić.

Karolina i Tomasz wybierają się w przerwie wielkanocnej na wycieczkę w leśne, suwalskie tereny. Ich związek potrzebuje swojego rodzaju odrodzenia i oboje liczą, że właśnie dzięki tej wyprawie relacje między nimi się naprawią i będą mogły wrócić stare dobre czasy. Gdy zajeżdżają na miejsce, pojawiają się pierwsze komplikacje. Rodzina, u której wynajęli pokój, zapomniała o nich i wyjechała. Na szczęście udaje im się zorganizować zastępczy nocleg dla lokatorów i tym sposobem młoda para trafia do malutkiej wioski Białodęby. Wita ich tam przepiękna Natalia i z radością zaprasza do siebie. Wydaje się, że wszystko będzie dobrze i cały wyjazd się jednak uda, lecz coś cały czas nie pozwala w pełni odprężyć się głównym bohaterom.

Wiecie czym są Gałęziste? American Horror Story na papierze! Serio. Podczas czytania początkowo myślałam, że to tylko luźne skojarzenie, które w miarę z postępem akcji ucieknie z mojej głowy, ale nie. Im dalej w las (o ironio, bo odgrywa on tutaj znaczącą rolę) tym bardziej widziałam przed oczami scenariusz do nowego sezonu tego kultowego amerykańskiego serialu. Połączenie Murder House z tym najnowszym o kolonii Roanoke. Tajemniczy dom. Jest. Piękna dziewczyna, która nie jest tym za kogo się podaje. Jest. Las i opuszczone tereny mroczniejsze niż czarna kawa. Jest. Dziwna sekta grożąca bohaterom. Jest. Wszystko idealnie pasuję i teraz tylko czekam, aż producenci serialu podłapią tę książkę i stworzą z niej arcydzieło na ekranie.

Skoro już mój zachwyt nad hipotetycznym nowym sezonem AHS mamy za sobą, to przejdźmy do czegoś, co od razu rzuca się w oczy po otworzeniu tej książki. Opisy. Długie, szczegółowe opisy, z którymi mam dość dziwną relację. Na początku byłam nimi zachwycona. Tak duża dbałość o szczegóły imponowała mi i bez problemu rysowałam sobie w głowie wydarzenia, o których czytałam, jednak w pewnym momencie zaczęły mnie one męczyć. Wszystkie informacje o danych zabytkach czy atrakcjach owszem urozmaicały tę lekturę pod względem historycznym, ale gdybym chciała to wiedzieć to najprawdopodobniej sprawdziłabym to w internecie. Pewnie wychodzę trochę na ignorantkę, ale nie chcę was okłamywać, że przez całą lekturę chłonęłam jak gąbka te rozbudowane opisy. Ponownie zachwyciłam się nimi mniej więcej w połowie lektury. Gdy już przyzwyczaiłam się do stylu autora, mogłam czerpać przyjemność z czytania, więc finalnie skończyłam książkę z pozytywnymi wrażeniami. 


Pomysł na książkę, tak jak wcześniej wspominałam, bardzo, ale to bardzo mi się spodobał. Każde, nawet najmniej istotne działanie bohaterów z kolejnymi stronami odkrywa swoje drugie dno i pokazuje, że wcale nie było tak nieistotne. Nie będę tutaj przytaczać żadnej konkretnej sceny, z wiadomych powodów, ale uwierzcie, że przy czytaniu tej książki warto zwrócić uwagę nawet na najmniej istotne detale. Może wtedy uda wam się odkryć samodzielnie trochę więcej sekretów, niż mi, a szczególnie to największe zaskoczenie umieszczone na samym końcu książki. Epilog zmienił całe moje wcześniejsze postrzeganie i zburzył to, co wcześniej wydawało się być prawdą. Gałęziste warto przeczytać chociażby dla niego.

Jedyne co nie podobało mi się w tej książce, oprócz chwilowej niechęci do opisów, to jej wydanie. Niby mało istotny szczegół, ale zmieniający zupełnie stosunek do czytania. Nienawidzę białych kartek. Są grube, ciężkie i utrudniają lekturę, a połączone z mikroskopijną czcionką odbierają całkowicie do niej chęci. Dopiero gdy walcząc sama z sobą zdecydowałam się złamać grzbiet, czego nigdy nie robię umyślnie, dało się przystępniej kontynuować przygodę z tą lekturą. Wielki minus za to i mam nadzieję, że już nigdy nie przyjdzie mi czytać czegoś w tak beznadziejnym wydaniu. 

Jak wiecie, albo i nie, mam dość specyficzny stosunek do polskich autorów. Niby nie powinnam mieć uprzedzeń, ale sięgając po ich książki gdzieś tak w duszy czuję, że się zawiodę, dlatego byłam szczęśliwa, gdy okazało się, że Gałęziste to książka na wysokim poziomie. Mogę wręcz rzec, że jestem dumna z tego, iż napisał ją Polak z krwi i kości. Polecam wam serdecznie i mam nadzieję, że wy również dacie się porwać tej historii.
Za książkę dziękuję autorowi.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Światło, które utraciliśmy | Jill Santopolo | Przedpremierowo

Światło, które utraciliśmy | Jill Santopolo | Przedpremierowo

Światło, które utraciliśmy przeczytałam już jakiś czas temu, ale wciąż nie byłam gotowa, aby napisać o nim opinię. Odkładałam ten moment na później i w międzyczasie skupiłam się na innych pozycjach, cały czas unikając tej. W końcu jednak przyszła tak chwila, gdy wypadałoby trochę wam o niej opowiedzieć i przyznać się, dlaczego nie mogłam przysiąść do napisana akurat tego konkretnego postu.

Lucy i Gabe poznają się w jeden z najtragiczniejszych dni dla ludzkości. Gdy 11 września 2001 roku na drugim końcu Nowego Jorku runęły wieże WTC, oni znajdowali się na uczelni i razem przeżywali to wydarzenie. Mimo że widzieli się pierwszy raz w życiu to między nimi pojawiła się silna więź, którą postanowili utrzymać. Nie wszystko jednak może układać się tak cudownie. W pewnym momencie Gabe przyjmuje propozycję pracy jako reporter na Bliskim Wschodzie i opuszcza Lucy. Dziewczyna musi na nowo poukładać swoje życie, tym razem bez ukochanego i spróbować o nim zapomnieć, ale czy można wyrzucić z głowy swoją pierwszą miłość?

Pierwsze podstawowe pytanie: czemu nie mogłam się zabrać za napisanie posta skoro opis brzmi jak kolejna historia miłosna jakich wiele? A no bo dlatego, że to wcale nie jest tak jak się wam może wydawać. Światło, które utraciliśmy to coś więcej, niż następna powtarzalna i trywialna obyczajówka. To książka przepełniona smutkiem i melancholią, o której ciężko pisać, z obawy o zapomnieniu o jakimś ważnym aspekcie tej historii.

Po przeczytaniu opisu spodziewałam się opowieści o miłości Lucy i Gabe'a i faktycznie jest ona głównym tematem, jednak nie w bezpośredni sposób. Pojawia się tam jeszcze jeden istotny bohater, Darren, co powoduje powstanie trójkąta miłosnego, który nie jest takim typowym trójkątem miłosnym, bo Lucy nie waha się między dwoma mężczyznami. Wcześniej była z Gabe'm, teraz jest z Darrenem i nie łączy w żaden romantyczny sposób tych dwóch postaci. Mimo wszystko ma się wrażenie, jakby trwała w obu związkach jednocześnie ze względu na narrację, w której Lucy cały czas zwraca się do Gabe'a. Ten zabieg sprawia, że cała książka jest swego rodzaju opowiedzeniem życia. Tak jakby Lucy i Gabe usiedli pewnego zimowego dnia przy kominku z gorącą herbatą w ręce i ta pierwsza z nich zaczęła opowiadać długą bajkę, na którą składa się jej życie. Z tego co sobie przypominam jeszcze nie miałam okazji czytać książki skonstruowanej w taki sposób i ten pomysł bardzo mi się spodobał. Cały czas czułam, że jakaś tragedia wisi w powietrzu, więc napędzało mnie to do dalszego czytania i odkrycia tajemnic zawartych w tej książce.



Fabuła tej książki składa się na kilkanaście lat z życia bohaterów i mimo że po wyjeździe Gabe'a nie mają oni ze sobą dużo wspólnego, to ich losy przez całą książkę splatają się ze sobą w różnych momentach. Dzięki temu rozciągnięciu akcji na tak długi okres czasu, mogłam zobaczyć jak rozwija się przede wszystkim historia Lucy i jak stopniowo stara się zapomnieć o swojej pierwszej miłości, która zostawiła na niej niewyobrażalne ślady. Każde spotkanie Lucy i Gabe'a, które czasem miało miejsce nawet w odstępie kilku lat, wyglądało tak, jakby nie widzieli się góra dwa, trzy dni i właśnie to nie pozwalało im w zupełności zerwać ze sobą kontaktu. Nie dziwiłam się w takich momentach Darrenowi, że był niezadowolony z wizyty starej miłości swojej wybranki, skoro każdy wokół widział, że oboje darzą się wciąż trwającym uczuciem.

Światło, które utraciliśmy to niewątpliwie historia miłosna, jednak poruszająca wiele ważnych kwestii jak chociażby otworzenie oczu na otaczające ludzi zło. Poczynając od ataku na WTC, który stanowi podstawę tej powieści, a kończąc na przeżyciach Gabe'a na Bliskim Wschodzie, gdzie każdego dnia musiał walczyć o życie. Tragizm obecnego świata cały czas towarzysz bohaterom i oboje nie mogą się pogodzić z zaistniałymi sytuacjami. Są uwrażliwieni na krzywdę i przez to, że poznali się w dzień wypadku, jest on ich prywatnym przeżyciem. Duży nacisk został położony w tej książce również na relacje domowe i związek między kobietą a mężczyzną na przestrzeni lat. Obowiązki dochodzące z każdem dniem wspólnego życia mogą zbliżyć do siebie, ale także oddalić. Typowe kryzysy związane z codziennością i brakiem zrozumienia to coś, co na pewno znajdziecie w Świetle, które utraciliśmy.

Wiem, że nie powinnam, ale ostatnio często zdarza mi się wspominać o okładkach, które zdobią treść książek. Te kolory, to połączenie panoramy miasta i pary zakochanych wygląda obłędnie i podczas czytania nie mogłam skupić się na treści, bo ciągle wracałam myślami do tej pięknej oprawy. Planuje kiedyś stworzyć post o najpiękniejszych okładkach na mojej półce i teraz boje się, że będzie on trwał bez końca, tyle cudowności pojawia się na naszym rynku wydawniczym.

Czasami tak jest, że po przeczytaniu kilku pierwszych stron już wiem, że książka mnie zachwyci i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Tak też było ze Światłem, które utraciliśmy. Zakochałam się w tej historii i na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę w przyszłości.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.


Premiera książki już 5 lipca!

czwartek, 22 czerwca 2017

Dlaczego nie komentuję waszych postów? Ważne informacje

Dzisiaj trochę nietypowo, bo przychodzę do was z postem informacyjnym, dotyczącym tego, co w najbliższym czasie będzie działo się na blogu. Dwudziestego trzeciego czerwca wyjeżdżam do pracy za granicę, z której wrócę w ostatnim tygodniu lipca (a przynajmniej taki jest początkowy zamysł). W tym czasie jestem prawie pewna, że nie będę miała ani czasu, ani możliwości przebywać tutaj, w blogosferze tak, jak to dzieje się teraz, stąd tytuł posta. Zawsze staram się udzielać na waszych blogach, czytam i komentuje wszystkie posty, które umieszczacie, ale teraz nie będę po prostu w stanie tego zrobić. Oczywiście jak wrócę, będę próbowała to nadrobić, ale już wiem, że fizycznie nie dam rady się dokopać do wpisów sprzed miesiąca. Mam nadzieję, że ta moja czasowa nieobecność nie sprawi, że ode mnie uciekniecie.:)

Co do postów u mnie na blogu, to pojawiać się one będą. W czerwcu przeczytałam sporo książek, o których napisałam opinię i zaplanowałam je na automatyczne dodawanie. Również w tym okresie standardowo pojawi się book haul oraz coś nowego, bo poradnik, jak robić zdjęcia na bookstagram. Właśnie, co z bookstagramem? Zdjęcia tam powinny się pojawiać, bo z tego co się zorientowałam będę miała możliwość ich dodawania, ale nie wiem jak będzie z systematycznością. Na story postaram się informować was na bieżąco.

To tyle z moich ogłoszeń parafialnych. Może uznacie, że bez sensu się tłumaczę, ale blogowanie weszło mi tak bardzo w krew, że nie wyobrażam sobie, aby moja strona miała teraz być nieaktywna przez miesiąc, a poza tym czuję zobowiązanie wobec osób, które poświęcają swój czas, aby czytać moje posty. Nie chcę abyście zostali z niczym i mam nadzieję, że ten najbliższy miesiąc minie bardzo szybko i będę mogła do was wrócić.:)

wtorek, 20 czerwca 2017

Top 5 książek na wakacje

Top 5 książek na wakacje
Wakacje tuż tuż a wiąże się z nimi oczywiście mnóstwo wolnego czasu, który większość książkoholików poświęci na czytanie. A skoro czytać możemy więcej to czemu nie poznać by nowych świetnych historii. Stąd pomysł na topkę wakacyjną, w której co nieco opowiem wam o dwóch seriach i trzech książkach idealnych, według mnie, na ten letni okres. 


Zabierz się za Szklany tron jeśli szukasz:
- silnej, sarkastycznej głównej bohaterki, która nie da sobie w kaszę dmuchać
- książek osadzonych w świecie fantasy tak genialnym, że nie da się tego opisać słowami
- samych cudownych mężczyzn urozmaicających historię 
- magii, magii i jeszcze raz magii rozwijającej się w naturalnym tempie
- książek, które złamią ci serce, ale jednocześnie staną się ulubieńcem wszech czasów
- czegoś obszernego, w co można się wgłębić, bo posiada (narazie) pięć grubiutkich tomów


Zabierz się za Percy'ego Jacksona jeśli szukasz:
- serii z mnóstwem humoru, który dostarcza jedyny i niepowtarzalny satyr Grover
- książek tak lekkich i przyjemnych, że ich pochłonięcie zajmie niewiele czasu
- dużej ilości mitologii podanej w przystępny i zabawny sposób
- zwrotów akcji i wielu zagadek
- bohaterów, których nie da się nie pokochać


Zabierz się za Dziewczyna i chłopak wszystko na opak jeśli szukasz:
- uroczej opowieści o pierwszej miłości nastolatktów
- historii przedstawionej z dwóch perspektyw, które diametralnie się od siebie różnią
- książki, po której będziesz mógł/mogła zabrać się za fantastyczną ekranizację
- pozycji, dzięki której z twojej twarzy nie zejdzie uśmiech


Zabierz się za Między teraz a wiecznością jeśli:
- podobała ci się trylogia czasu i szukasz czegoś w podobnych klimatach
- liczysz na niezobowiązującą, prostą lekturę
- chcesz móc odkryć zagadkę kryjącą się na kartach tej powieści
- niestraszne ci duchy i inne nadprzyrodzone stworzenia


Zabierz się za Oddam ci słońce jeśli szukasz:
- wątku lgbt
- cudownych, mądrych cytatów, które zostaną z tobą na dłużej
- historii zaskakującej, ale również łamiącej serce
- motywu sztuki przewijającego się przez całą książkę
- wyrazistych bohaterów, których nie da się zapomnieć

Jak widzicie, dzisiejszy post postanowiłam stworzyć w trochę innej konwencji, aby nie nie przynudzać za długim tekstem. Postawiłam na główne cechy wybranych książek, więc tym sposobem każdy z was może sam zdecydować, czy dana pozycja go zainteresuje. Ja każdą z nich polecam i mam nadzieję, że sięgniecie po którąś z nich w te nadchodzące wakacje. Uściski.

sobota, 17 czerwca 2017

Nothing less | Anna Todd

Nothing less | Anna Todd

Książki od Anny Todd to moje guilty pleasure. Wiem, że są słabe, średnio napisane i nie wnoszą nic do mojego życia, ale czytanie ich jest tak lekkie i przyjemne, że nie potrafiłam sobie odmówić i tego "dzieła". Jeśli czytaliście moją opinię o Nothing more to wiecie, że chciałam kontynuować historię Landona, aby sprawdzić czy w końcu pójdzie po rozum do głowy. Ta ciekawość sprawiła, że Nothing less jest już za mną i czas podzielić się z wami tym, co o niej sądzę.

Landon jest rozerwany między dwiema kobietami. Nie wie, która będzie tą odpowiednią i wciąż próbuje podjąć dobrą decyzję. Z jednej strony fascynuje go śliczna cukierniczka Nora. Z drugiej jednak z Dakotą łączy go długa historia, której nie da się pozbyć w ciągu kilku minut. Landon wie, że nie może mieć dwóch dziewczyn jednocześnie, dlatego staje przed bardzo ważnym wyborem, który na pewno wyeliminuje jedną z nich z jego życia.

Cała ta książką rozpoczyna się prologiem, w którym to Landon jest już ojcem i rozmawia ze swoją córeczką. Pojawia się tam również jego partnerka, ale nie zostaje wymieniona z imienia, a główny bohater zwraca się do niej per żono. Już po tym krótkim wstępie mogłam się domyśleć, że cała książka będzie dążyła do tego, abym w końcu poznała, którą z tych dwóch kobiet wybrał Landon. Zamierzenie ciekawe, bo motywujące do czytania, ale szczerze mówiąc od samego początku wiedziałam jaki będzie werdykt. Już w połowie pierwszej części miałam swoją teorię i się ona potwierdziła. Mimo wszystko nie zdradzę wam, którą dziewczynę Landon finalnie wybrał i możecie sami się przekonać poprzez lekturę tej książki.

Przyjmując do recenzji tę pozycję zostałam zapewniona, że jest ona lepsza niż jej poprzedniczka i faktycznie tak było. Głównie jest to zasługa niewielkiej ilości Dakoty na kartach tej powieści. Była to najbardziej egoistyczna i egocentryczna bohaterka na całym bożym świecie przez co Nothing more irytowało mnie niemiłosiernie. W drugim tomie pojawia się ona na szczęście tylko epizodycznie, co pozwoliło mi bardziej cieszyć się lekturą. Co prawda Landon wspominał o niej sporo w swoich przemyśleniach, ale same te opisy nie działały mi na nerwy i póki sama Dakota w swojej fizycznej postaci się nie ujawniała, ja byłam szczęśliwa.



Na plus zaliczam również postać Landona, która poprawiła się w tym tomie. Nie jest to jakaś super duża zmiana, ale w końcu zaczął inaczej patrzeć na swoją sytuację i przede wszystkim na Dakotę. Nie dawał się tak bardzo wykorzystywać i zaczął budować swoją pewność siebie, w czym niewątpliwe pomogła mu Nora. Nareszcie nie był mieszany z błotem i traktowany jak popychadło, ale chwalony za swoją dobroć, którą okazywał innym. Te zmiany mnie usatysfakcjonowały, ale z drugiej strony były lekko nierealne. Akcja Nothing less zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się ta w Nothing more, a Landon od razu, w przeciągu dosłownie dnia, zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Czy według was nie jest to trochę szybko, jak na tak drastyczne przemiany w sposobie myślenia? Myślę, że jest i to o wiele, ale przyzwyczaiłam się do małych błędów logicznych w tych książkach i nie przeszkadzały mi one aż tak bardzo.

Skoro już dwójkę bohaterów pokrótce omówiłam, to wypadałoby też wspomnieć o osławionej Norze. Kobiecie, która była schematyczna, tak jak większość rzeczy w tej książce. Nora ma tajemnicę, której broń Boże nie może wyjawić Landonowi, bo by się od niej przecież odwrócił i tak dalej, i tak dalej. Ten swój wielki sekret chroni i pielęgnuje, jak tylko może, a najzabawniejsze jest to, że gdy Landon w końcu go odkrył miał reakcje w stylu "ok, czy to było takie straszne?". Zbytnio się nie przejął i nie zmienił swojego stosunku do cukierniczki, więc nie do końca rozumiem po co pojawiła się tutaj ta cała zagadka. Może Anna Todd po prostu nie bardzo wiedziała jak urozmaicić tę historię i postanowiła zastosować najbardziej banalny i przewidywalny schemat znany od wieków. Nie wiem, nie mnie to oceniać, bo nie siedzę w głowie autorki. 

Wiecie co najbardziej podobało mi się w tej książce i w dużym stopniu wpłynęło na uznanie jej za lepszą od pierwszej części? Hardin, który był zapowiadany przez całe Nothing more i w końcu pojawił się w Nothing less. Jestem świadoma, jak wielkim dupkiem i typowym "bad boy'em" on jest, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób go lubię. Szczególnie ironię, którą się cały czas posługuje, co jest tak bardzo w moim stylu, że zawsze uśmiechałam się, gdy pojawiał się na kartach tej powieści. Nie stanowi on oczywiście zbyt dużej części tej historii, ale był przyjemnym dodatkiem, którego w końcu się doczekałam.

Powtórzę się i ponownie napiszę, że książki Anny Todd nie są arcydziełem. Schematyczne do bólu i momentami przepełnione idiotycznymi rozmyśleniami, jednak napisane w tak prosty i przystępny sposób, że ich lektura nie sprawia dużo problemów i wręcz odpręża oraz cieszy. Znajdziecie w nich mnóstwo humoru oraz odniesień do popularnych serii takich jak osławiony Harry Potter, czy chociażby do znienawidzonego przeze mnie serialu Shadowhunters. Przez te wszystkie drobnostki, historie pani Todd cały czas się przewijają przez moje czytelnicze życie i znając siebie, jeszcze po coś z jej dorobku kiedyś sięgnę.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 13 czerwca 2017

Początek wszystkiego | Robyn Schneider | Przedpremierowo

Początek wszystkiego | Robyn Schneider | Przedpremierowo

Początek wszystkiego to książka, która przede wszystkim rzuca się w oczy dzięki pięknej oprawie. Wydawnictwo Otwarte coraz wyżej podnosi sobie poprzeczkę i każda ich okładka jest piękniejsza od poprzedniej. Niestety często pod śliczną oprawą kryje się okropna treść, która woła o pomstę do nieba. Na szczęście Początek wszystkiego nie był jedną z takich historii i broni się sam w sobie.

Ezra Faulkner to chłopak idealny. Jest gwiazdą tenisa i cieszy się ponad przeciętną urodą. Otacza go wianuszek dziewcząt i ma nawet zostać królem balu maturalnego. Jeden wypadek jednak zmienia wszystko w jego życiu. Traci najwierniejszych przyjaciół, a także szansę na karierę sportową i musi na nowo określić kim jest. Gdy spotyka Cassidy Thopre wie, że to ona może mu pomóc zacząć wszystko od początku.

Nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje, ale to już druga książka, która skojarzyła mi się z Papierowymi miastami. Tym razem podobieństwo widzę w przemianie jaka zachodzi zarówno w Ezrze jak i głównym bohaterze książki pana Zielonego - Quentinie. Obaj ci bohaterowie zmieniają się pod wpływem niesamowitej dziewczyny, ale na tym kończą się cechy wspólne dwóch wymienionych wyżej książek, więc nie musicie się obawiać powielania schematów. 

Gdy zaczęłam czytać tę książkę byłam zachwycona tym, że w końcu doczekałam się czegoś tylko z perspektywy męskiej. Zazwyczaj tego typu powieści, czyli połączenie młodzieżówki i romansu, są ukazane z punktu płci pięknej, czemu towarzyszy mnóstwo długich i szczegółowych opisów przeżyć wewnętrznych bohaterki rozważającej swoje uczucia do jakiegoś chłopaka. Tutaj zostało mi to oszczędzone, a Ezra okazał się naprawdę fajnym i rzeczowym narratorem, którego polubiłam od samego początku. Nie przynudzał, nie rozwlekał, ale również potrafił przedstawić każdą sytuację w odpowiedni sposób. Sam również był konkretnym bohaterem. Mimo że stracił praktycznie wszystko w nieszczęśliwym wypadku, nie użalał się nad sobą tak mocno, jak pozwalała na to sytuacja. Poza tym urzekło mnie jego imię. Wiem, że nie jest to jakiś znaczący czynnik, który może zaważyć na ocenie tej książki, ale po prostu muszę się trochę pozachwycać. 


W książce z wątkiem romantycznym nie może zabraknąć tej drugiej strony, czyli w tym przypadku Cassidy Thrope. Jej osoba w pewnym stopniu zbudowana jest na kilku popularnych schematach: dziewczyna inna niż wszystkie, piękna dzięki swojej odmienność, niezależna. Początkowo mnie to lekko zraziło do jej postaci, bo ile można czytać o tych wyjątkowych bohaterkach, ale stopniowo zaczęła zdobywać moją sympatię. Chyba głównie dlatego, że była uosobieniem spontaniczności i życia pełną piersią. Chwytała każdy dzień i wyciągała z niego jak najwięcej. Należała również do tych inteligentnych bohaterek, które nie polegają wyłącznie na chłopaku i potrafią mieć swoje zdanie i się go trzymać. Otoczona pewną mgiełką tajemnicy i nie tak oczywista jak reszta. 

Coś, co zdziwiło mnie najbardziej w tej książce, to jej klimat. Wszystkie wydarzenia dzieją się podczas roku szkolnego, ale cały czas miałam wrażenie, że akcja rozgrywa się w wakacje. Może dlatego, że autorka nie skupiła się tylko na przedstawianiu życia szkolnego, ale również tego co dzieje się poza nim i nawet jak bohaterowie przygotowali się do kolejnej debaty, miałam wrażenie, że robią to w letni wieczór tylko dla przyjemności. Dzięki tamu specyficznemu połączeniu czytając Początek wszystkiego zbliżyłam się jeszcze bardziej do nadchodzących wakacji (chodź ja mam je już od miesiąca). 

Początek wszystkiego to tytuł, który idealnie pasuje do treści. Po wypadku Ezra musi na nowo odkryć siebie i znaleźć inną drogę, którą ma podążać. Porzuca fałszywych przyjaciół, którzy nie zdobyli się nawet na odwiedzenie go w szpitalu i dołącza do grupy swojego starego przyjaciela Tobiego. Ta różnorodna paczka okazuje się być o wiele bardziej wyrozumiał i życzliwa niż zapatrzeni w siebie sportowcy, a w wróceniu do "życia" najbardziej pomaga mu Cassidy. Dziewczyna pokazuje, że warto być zawsze sobą i tylko sobą, bo życie jest zbyt ulotne na jakiekolwiek udawanie. Właśnie to mądre przesłanie jest kolejnym elementem, który przekonuje mnie do tej książki i sprawia, że tak bardzo mi się spodobała.

Muszę przyznać, że Początek wszystkiego zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Spodziewałam się kolejnej, zwyczajnej młodzieżówki i ta książka nią jest, ale coś sprawia, że wyróżnia się na tle wszystkich powieści kryjących się pod tym gatunkiem. Pomimo pojawiających się schematów była miłym towarzyszem w podróży, bo właśnie w pociągach, i czekając na nie, ją przeczytałam, a droga dzięki temu minęła mi o wiele szybciej niż zwykle.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

Premiera książki już 14 czerwca!

niedziela, 11 czerwca 2017

Lokatorka | JP Delaney | Przedpremierowo

Lokatorka | JP Delaney | Przedpremierowo

Rzadko się zdarza, że jakaś książka zbiera same pozytywne opinie. Zawsze pojawi się chodź jedna osoba, której dana pozycja nie przypadnie do gustu i za coś ją skrytykuję. Lokatorka należy do tych książek, o której nie potrafiłam znaleźć złego słowa, a uwierzcie, że trochę poświęciłam na to czasu. Ta mnogość zachwalających recenzji rozbudziła moją ciekawość, ale również oczekiwania. Czy zostały one spełnione?

Wyobraźcie sobie, że trafiacie do domu, w którym nie ma praktycznie nic. Wszędzie panuje biel i nawet nieliczne umeblowanie wkomponowuje się w wszechobecny minimalizm. Zanim się tam wprowadzicie musicie zapoznać się z listą przeszło dwustu warunków takich jak zakaz posiadania dywanów, zasłon, książek, obrazów, dzieci, własnych naczyń. Mimo wszystko decydujecie się na to imponujące mieszkanie, ale to nie koniec. Najpierw musicie zostać zaakceptowani przez samego architekta - Edwarda Monkforda. Tylko nielicznym udaje się dostać na rozmowę kwalifikacyjną i większość podań zostaje odrzucona, jednak wy macie to szczęście. Z radością przeprowadzacie się w nowe miejsce i odkrywacie coraz więcej udogodnień, które kryje dom. Nie musicie ustawiać temperatury wody, bo wasze preferencje są zakodowane w systemie. Światło samo się dostosowuje do pory dnia i waszych potrzeb. Brzmi fantastycznie? Emma i Jane też tak sądziły, ale dom może obrócić się także przeciwko wam.

Na samym początku muszę zaznaczyć, że nie czytałam w swoim życiu dużo thrillerów psychologicznych. Mogę policzyć na palcach jednej ręki powieści, które przeczytałam, a są umieszczone w tej kategorii. Mój brak przyjaźni z tym gatunkiem nie jest spowodowany jakąkolwiek niechęcią czy brakiem zainteresowania. Po prostu nigdy nie potrafiłam znaleźć czegoś, co zaciekawiłoby mnie na tyle, żebym wiedziała, że chcę to przeczytać. Przełom nastąpił gdy tylko zobaczyłam okładkę Lokatorki. Książka wręcz wołała do mnie: "przeczytaj mnie" i czułam, że przypadnie mi do gustu, mimo nieznajomości gatunku. Chodź specjalistą nie jestem i nie ocenie jej poprawności jeśli chodzi o bycie thrillerem to z chęcią podzielę się z wami tym, co mnie w niej urzekło.

Lokatorka to książka, która posiada dwie główne bohaterki - Emmę i Jane. Są one do siebie bardzo podobne wizualnie, ale łączy je również chęć rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Emma w starym mieszkaniu została napadnięta i już nie potrafi w nim funkcjonować, dlatego razem ze swoim chłopakiem Simonem szukają nowej bezpiecznej przystani, natomiast Jane dopiero co urodziła martwe dziecko i straciła pracę. Mimo tych podobieństw, obie kobiety okazują się być zupełnie inne, ale równie dobrze skonstruowane. Uwielbiam, gdy postaci w literaturze są wyraziste i nieszablonowe, a takie są Jane i Emma. Żadna z nich nie została wyidealizowana, co w książkach często się zdarza, lecz są bohaterkami z masą problemów oraz wątpliwości. Jeśli miałabym wybierać, którą z nich polubiłam bardziej byłaby to Jane, czyli obecna lokatorka. Jej charakter przemawiał do mnie intensywniej niż Emmy, wydawała mi się ona inteligentniejsza od swojej poprzedniczki i bardziej roztargniona, jednak gdybym miałam zdecydować, która z nich jest ciekawszą postacią, byłaby to zdecydowanie Emma. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak zawiłą bohaterką, która jest zupełnie inna niż mi się to wydawało. Z każdą kolejną stroną w mojej głowie pojawiał się nowy obraz Emmy tylko po to, aby po przeczytaniu następnych kilku rozdziałów został on zburzony i odbudowany na nowo. W pewnym momencie już sama nie wiedziałam, która Emma jest tą prawdziwą i w którą wersje wydarzeń mam wierzyć. 


W tej książce są dwie lokatorki, co siłą rzeczy sprawia, że są również dwie perspektywy przedstawienia historii. Rozdziały z perspektywy Jane i Emmy przeplatają się między sobą i początkowo dotyczą tego samego: poszukiwania domu, wypełniania formularza, rozmowy kwalifikacyjnej, pierwszych dni w nowym miejscu. Zadziwiające jest to, jak podobnie wyglada ta cała procedura u dwóch kobiet mimo tak dużej rozbieżności czasowej. Nie chodzi mi o sam formularz czy kolejność całej procedury, bo wiadomo, że to nieczęsto się zmienia, tylko o relację z właścicielem - Edwardem Monkfordem. Architekt zadaje te same pytania, kupuje te same prezenty, zabiera główne bohaterki w te same miejsca. Cały ten schemat przyprawia o ciary i już pokazuje, że coś jest nie tak, ale oczywiście nie napiszę wam co. Sami musicie to odkryć i zrozumieć tajemniczego Edwarda. 

Tak jak wspominałam, nie mam zbyt dużego doświadczenia jeśli chodzi o thrillery psychologiczne, jednak ta książka idealnie wpasowuje się w tę kategorię. Od początku wiedziałam, że jedna z lokatorek nie żyje, ale ta wiedza w żaden sposób nie przeszkadzała mi w lekturze. Przeciwnie. Chęć odkrycia tajemniczego morderstwa napędzała mnie do czytania, a oderwanie się od lektury w jej drugiej połowie było niemożliwe. Nie potrafiłam jej odłożyć na bok, bo tak bardzo pochłonął mnie dom przy Folgate Street 1 i chęć poznania prawdy. Dużą rolę w moim przyssaniu się do tej lektury miał również niepowtarzalny klimat jaki jej towarzyszył. Mimo że czytałam ją w czerwcu to czułam jakbym przeniosła się w czasie do jesiennego wieczoru, kiedy za oknem szaleje wiatr i leje deszcz. Nawet nie wiem czemu, ale ta książka ogromnie kojarzy mi się z jesienią i na pewno wtedy przeczytam ją ponownie i będę mogła jeszcze mocniej wczuć się w całą historię.

Lokatorka to intrygująca książka, która zabierze was do niesamowitego, lecz przerażającego mieszkania kryjącego mnóstwo tajemnic. Odkrywanie ich jest czystą przyjemnością, której każdy z was powinien doświadczyć. Zdecydowanie polecam i teraz tylko czekam na obiecaną ekranizację.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Otwarte.


Premiera książki już 14 czerwca!

środa, 7 czerwca 2017

Ogród małych kroków | Abbi Waxman | Przedpremierowo

Ogród małych kroków | Abbi Waxman | Przedpremierowo

Czternasty czerwca to data, którą musicie zapisać sobie w kalendarzu wielkimi literami. Nie dość, że wychodzi wtedy genialna Lokatorka, o której swoją drogą niedługo pojawi się moja opinia, to rynek wydawniczy wzbogaci pewna niepozorna książka w przepięknej oprawie. Mowa tutaj o Ogrodzie małych kroków, który jest równie uroczy, jak sam jego tytuł.

Prawie cztery lata temu Lilian straciła w wypadku swojego ukochanego męża Dana. Została sama z dwoma córeczkami i na jej barkach spoczął obowiązek zadbania o rodzinę. Gdy wydawnictwo, dla którego ilustruje książki postanawia zaproponować jej zadbanie o szatę graficzną wielkiej encyklopedii warzyw, nie zastanawia się zbyt długo. Od razu przyjmuję ofertę co wiąże się z koniecznością uczestnictwa w kursie ogrodnictwa. Lily wybiera się tam ze swoimi pociechami oraz siostrą Rachel i szybko orientuje się, że coś, co początkowo ją przerażało, przeradza się w nową pasję.

Ostatnio zauważyłam sporo opinii na temat tej książki, co pewnie jest kwestią zbliżającej się premiery. Bardzo cieszę się, że tylu czytelników postanawia o niej wspomnieć, bo jest to zdecydowanie pozycja, o której powinno dowiedzieć się jak najwięcej osób i mam nadzieję, że tak będzie. W większości tych opinii, autorzy jednogłośnie stwierdzają, że jest na co czekać. Po lekturze Ogrodu małych kroków nie pozostaje mi nic innego, jak dołączyć się do tego wszechobecnego zachwytu.

Główną bohaterką tej historii jest Lily, która doświadczyła jednej z najgorszych tragedii, jaka mogła się komukolwiek przydarzyć. Jej mąż zginął w wypadku samochodowym, co odwróciło cały świat do góry nogami nie tylko dla niej. Mimo że to właśnie Lily jest narratorką całej tej historii to książka nie skupia się wyłącznie na niej. Pojawia się tu sporo innych bohaterów, którzy mimo że traktowani jako drugoplanowi, są wyjątkowo dobrze wykreowani. Nie jest to niewiadomo jak wielka liczba osób, ale każdą z nich, na stosunkowo niewielu kartach tej powieści, mogłam poznać w wyśmienity sposób. Nie wiem jak pani Waxman się to udało, ale każda z jej postaci jest wyjątkowa, a przy tym nad wyraz dobrze wykreowana. Nawet niewielkie wspomnienie, jak chociażby o rodzicach Dana, pozwalało na klarowne odtworzenie sobie ich wizerunku w głowie. I nie chodzi mi tutaj o styl ubierania czy fryzurę, ale o charakter i usposobienie, które wręcz otwarcie biło od każdej z postaci. Ta trójwymiarowość bohaterów sprawiła, że nie miałam najmniejszego problemu z przywiązaniem się do nich i od samego początku w pełni zaangażowałam się w ich losy. Kolejną zaletą postaci wykreowanych przez Waxman jest fakt, że każdą z nich darzyłam ogromną sympatią, co rzadko się zdarza, ale po prostu nie potrafiłam znaleźć w tej książce osoby, dla której miałabym nie wygospodarować miejsca w moim sercu, chodź jedna z nich dostał tego miejsca najwięcej. Tym szczęściarzem jest oczywiście pies Frank, ale ciii, bo Clare nie może się o tym dowiedzieć.



Jeśli planujecie sięgnąć po Ogród małych kroków to nie nastawiajcie się na multum zwrotów akcji i wydarzeń pędzących na łeb i szyję. Nie jest to tego typu książka, co według mnie jest jej zaletą, a nie wadą. Wszystkie wydarzenia rozgrywają się powoli, swoim tempem, które pozwala odczuć autentyczność historii. Cała książka to bowiem niepełne dwa miesiące, podczas których możemy zaobserwować zmiany, jakie zachodzą w bohaterach. Gdy poznajemy Lily jest ona kobietą poświęconą w pełni swoim dzieciom, jednak w głębi duszy wciąż niepogodzoną ze stratą. Stara się trzymać jak tylko może ze względu na Clare i Annabell, ale jak to w życiu bywa nie zawsze jest to łatwe. Podczas tych dwóch krótkich miesięcy rozwija się niczym roślinki, które sadzi w ogródku i zupełnie inaczej zaczyna patrzyć na swoją sytuację. Możliwość obserwacji jej przemiany była czymś fantastycznym i napełniającym nadzieją, bo z każdym uśmiechem Lily i mnie było cieplej na sercu. Poza tym jest ona bohaterką pełną sarkazmu i humoru, co uwielbiam, więc nie było innej możliwości i pokochałam Lilian od samego początku.

Mimo że wątek romantyczny pojawia się w tej historii to nie gra on tu dużej roli. Książka pełna jest różnego rodzaju relacji nie tylko tych na płaszczyźnie kobieta-mężczyzna. Duży nacisk został położony na więzy rodzinne i pomoc w sytuacji, jaka dotknęła główną bohaterkę. Oprócz swojej lekko zwariowanej siostry, która jest również jej najlepszą przyjaciółką, Lily ma zaufaną grupkę znajomych z kursu ogrodnictwa. Ta niecodzienna paczka składająca się z emerytowanego bankowca, dwóch nauczycielek lesbijek, niezależnego surfera, kolejnej mamy z uroczym synkiem oraz przystojnego instruktora towarzyszy jej przez całą powieść i jest oparciem w trudnych chwilach. Może się powtórzę, ale ta ich przyjaźń była tak przekochana i urocza, że nie mogłam przestać się zachwycać.

Ogród małych kroków to książka z której sporo można dowiedzieć się o ogrodnictwie, ponieważ między rozdziałami pojawiają się wstawki właśnie związane z tą dziedziną. Ogrodnik-amator może przy pomocy tej powieści poznać preferencje kilku podstawowych warzyw, które nie zawsze są tak banalne, jak mogło się wydawać. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki zostały przedstawione te wskazówki. Nie były one jak zdania typowo wyjęte z nudnych, obszernych podręczników, których nikt nie chce czytać, lecz jako krótkie frazy pełne humoru, dzięki któremu o wiele więcej zapamiętałam i teraz mogę zakładać własny ogródek.

Nowa powieść od wydawnictwa Otwartego to coś, co musicie poznać. Idealna na ciepłe, letnie wieczory. Uśmiejecie się przy niej do łez, a przy okazji poszerzycie swoją wiedzę związaną z ogrodnictwem. Kto wie, może w kimś z was obudzi się nowa pasja i znajdziecie coś, co będzie was uszczęśliwiać.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Otwarte.

Premiera książki już 14 czerwca!

sobota, 3 czerwca 2017

Lato Eden | Liz Flanagan

Lato Eden | Liz Flanagan

Po książkach młodzieżowych zazwyczaj nie spodziewam się wiele. Traktuje ja jako miłe przerywacze, przy których mogę spędzić kilka godzin. Lato Eden miało być właśnie jedną z takich książek - niewymagającą, z nutką tajemnicy, która nie pozwoli mi odłożyć jej na półkę, ale czy rzeczywiście taka była?

Jess i Eden różnią się jak ogień i woda, ale mimo tego są najlepszymi przyjaciółkami. Pierwsza z nich jest nieśmiałą gotką, a druga przebojową blondynką uwielbianą przez wszystkich. Gdy idealna Eden znika, wszyscy ludzie w mieście angażują się w poszukiwania, jednak to Jess zależy najbardziej na odnalezieniu przyjaciółki. Razem z jej chłopakiem Liamem rozpoczynają śledztwo, które ma ich zaprowadzić do ukochanej osoby.

Po przeczytaniu opisu stwierdziłam "okej, to może być ciekawa, wciągająca lektura". Motyw uciekającej przyjaciółki i próba jej odnalezienia to coś, co od razu skojarzyło mi się z Papierowymi miastami, ale nie chciałam jej przez to spisywać na straty. Jestem świadoma, że na ten moment bardzo ciężko jest o oryginalną historię, więc byłam w stanie przymknąć na to oko i czytałam dalej. Niestety nie była to dobra decyzja i stopień mojej irytacji z każdą stroną się pogłębiał. 

W tej książce autorka postawiła przede wszystkim na przedstawienie, w jej mniemaniu, idealnej przyjaźni. Chciała ukazać jak wiele Jess jest w stanie zrobić dla Eden, bo w końcu są przyjaciółkami. Liz Flanagan trzeba przyznać, że coś się jej udało. Wykreowała wzór przyjaźni, ale tej najbardziej wyniszczającej i toksycznej. Nie rozumiem jak w książce dla młodzieży można ukazać tak okropną relację i podnosić ją do rangi przyjaźni. Jess cały czas żyła w cieniu Eden, obsesyjnie się jej podporządkowywała i nie potrafiła powiedzieć nic złego na jej temat. Stawiała jej dobro ponad swoim, podkreślając jak bardzo Eden jest pokrzywdzona i należy się jej uwaga całego świata, a Eden zamiast to docenić to chciała więcej i więcej. Nie wiem czy znacie serial, bądź książki Pretty Little Liars, ale Eden była taką typową Ali z pierwszych części czy odcinków. Rozpieszczona piękność nie patrząca na nic innego poza czubkiem swojego nosa. Rozkazywała każdemu jak chciała i wszyscy musieli być zawsze na jej zawołanie. Nie ważne, że koleżance podobał się chłopak od zawsze, przecież tylko Eden się on należy. Co z tego, że Jess miała wypadek, który wpłynął na jej psychikę, przecież Eden ma gorzej, bo siostra ją denerwuję. Myślałam, że rzucę tą książką o ścianę, gdy ciągle czytałam o tym jak bardzo Jess jest głupia. Nie widziała, że jest perfidnie wykorzystywana i ślepo maszerowała za Eden, jak osoba totalnie pozbawiona godności, a to jej ciągłe powtarzania "Eden to, Eden tamto" przyprawiało mnie o ból głowy. W pewnym momencie obiecałam sobie, że jak ktoś jeszcze raz powie Eden to zacznę to liczyć. Finalnie tego nie zrobiłam, ale na te trzysta stron, mniej więcej połowa to było zachwalanie tytułowej bohaterki. Koszmar.


Książka miała być "pełna napięcia i emocji", a większe emocje odczuwałam przy piciu wody przez słomkę podczas lektury. W tej powieści nie działo się nic szczególnego, co mogłoby mnie zaskoczyć. Każda tajemnica, która się tam pojawiała, była tak banalna, że od razu wiedziałam o co chodzi, ale musiałam przeczytać kolejne pięćdziesiąt stron, żeby swoje przypuszczenia potwierdzić. Ciągłe urywanie zdań w ważnym momencie, aby rozbudzić ciekawość, wprawiało mnie tylko w niepotrzebną irytację. Miałam wrażenie, że dostałam książkę dla idiotów, którzy nie potrafią dodać dwa plus dwa. Może po prostu przeczytałam tego wszystkiego w swoim życiu za dużo, ale po takich rekomendacjach na tyle okładki to ja się spodziewałam czegoś chodź trochę lepszego.

Lato Eden rozgrywa się w ciągu jednego dnia. Tytułowa bohaterka nie wraca na noc do domu i na drugi dzień od samego rana rozpoczyna się wielkie poszukiwanie. Pominę już fakt, że zazwyczaj policja nie rozpoczyna śledztwa po dziesięciogodzinnej nieobecności szukanej, ale okej, to tylko nastolatka, więc mogli zastosować szczególne okoliczności. Mimo że jest to, tak jak pisałam wyżej, jeden dzień to rozdziały przeplatają się z opowieściami o przeszłości. Cała historia ukazana jest z perspektywy Jess i to właśnie ona zapoznaje czytelnika zarówno z bieżącymi wydarzeniami jak i tymi, które miały już miejsce. Cieszę się, że autorka napisała również trochę o tym jak wyglądały relacje obu dziewczyn przez zniknięciem Eden. Rozbudowało to tę historię i w pewnym stopniu ją uratowało. Wściekałam się niemiłosiernie, ale mogłam chodź trochę odpocząć od wszechobecnego poszukiwania tytułowego ideału.

Pomijając zapatrzenie w Eden, Jess była naprawdę w porządku bohaterką. Gdyby wcześniej zrozumiała swoją sytuację, to na pewno jej postać rozwinęłaby się w pozytywny sposób. Wciąż liczyłam, że się otrząśnie i zauważy, że Eden nie jest tak cudowna, jak jej się wydaje. Przyjąć to do świadomości pomógł jej Liam, za  co jestem mu ogromnie wdzięczna. W pewnym momencie lektury miałam nawet nadzieję, że oboje zrzucą z jakiegoś klifu tę zapatrzoną w siebie nastolatkę, co ku mojemu rozczarowaniu się nie wydarzyło.

Jedyne co podobało mi się w tej książce to fakt, że przeczytałam ją bardzo szybko. Zajęła mi kilka godzin i z ulgą mogłam ją zamknąć i odłożyć na bok. Prosty styl pisania autorki ułatwił mi przebrnięcie przez tę historię i cieszę się, że nie zmarnowałam na nią zbyt dużo czasu. Rozczarowała mnie bardzo i teraz pozostaje mi tylko jak najszybciej o niej zapomnieć.
☆☆☆☆
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Anielce, organizatorce booktoura <3

czwartek, 1 czerwca 2017

Nowe książki | maj 2017

Nowe książki | maj 2017

Oops!... I Did It Again. To stwierdzenie pasuje tutaj idealnie i przyznaje się do tego bez bicia. Nigdy nie przybyło do mnie jeszcze tyle książek w jednym miesiącu. W maju moje półki zasiliło 25 nowych przyjaciół i wiem, że dla niektórych może to być mało, ale ja wciąż jestem w szoku jak do tego doszło i już będę się wam z tego tłumaczyć.

Zacznę chronologicznie, czyli od wygranej w konkursie na instagramie u wydawnictwa Otwartego. Trzeba było dodać zdjęcie swojej ulubionej książki od nich i w opisie uzasadnić swój wybór. W moim przypadku padło na Facecje, a zdjęcie z nimi możecie zobaczyć w prawej kolumnie na blogu. Jeśli jesteście ciekawi, co takiego napisałam to również zapraszam was na mój bookstagram właśnie pod to zdjęcie. A przechodząc do nagrody, była to dowolnie wybrana książka oraz płócienna torba z wierszem Rupi Kaur. Chodź konkurs wygrałam już w kwietniu, to moja nagroda, czyli Zły Romeo, przyszła w maju, więc na ten miesiąc zaliczam pierwszą książkę.

Kolejne dwie to prezent od rodziców z okazji zakończenia szkoły. Je również zamówiłam w kwietniu, ale paczka przyszła w maju, stąd ich miejsce jest w tym poście. Tym razem w kartonie znalazłam Lato koloru wiśni i Zimę koloru turkusu. 

W maju przyszedł do mnie również finalny egzemplarz Confess od wydawnictwa Otwartego. Mimo że biała okładka bardziej podbiła moje serce, to ta różowa też daje radę, a obrazy umieszczone w książce w wersji kolorowej powalają na kolana. O Confess był już post na blogu, więc jak dobrze poszukacie, to na pewno go znajdziecie.

Kolejne trzy książki kupiłam w antykwariacie za bon, który dostałam na zakończenie roku. Moja szkoła zorganizowała dla osób ze świadectwem z wyróżnieniem bony do Domu książki i okazało się, że można je zrealizować także w antykwariacie. Tym sposobem zamiast jednej książki mam trzy, a wcale nie widać po nich śladów użytkowania. Do mojej biblioteczki dołączyły Żyj szybko, kochaj głęboko, oraz drugi i trzeci tom Ostatniej spowiedzi.

Następnie przyszła do mnie przesyłka od kochanej Emilki, która była tak miła, że załatwiła mi autograf Samanthy Shannon. Niestety nie mogłam pojawić się na żadnym spotkaniu z tą autorką, a bardzo zależało mi na jej podpisie. Emilka ulitowała się nade mną, kupiła mi Zakon mimów, załatwiła podpis, a potem wysłała mi go na dodatek z czekoladą. Dalej jestem jej wdzięczna i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jej odwdzięczyć.

I znowu trzy książki za bon, tym razem z empika. Na początku maja miałam imieniny i z tej okazji dostałam od rodziców kartę podarunkową. Wykorzystałam ją na Promyczka, Gniew i świt oraz Tysiąc odłamków ciebie. Każda z nich prezentuje się przepięknie i już nie mogę się doczekać lektury dwóch z nich. 

Pewnego pięknego dnia razem z moją koleżanką Asią wybrałyśmy się do antykwariatu oddać niepotrzebne już podręczniki, a tam na półce znalazłyśmy Alicję i lustro zombie, czyli drugi tom kronik białego królika. Tak się złożyło, że mam pierwszą część na półce (oczywiście nieprzeczytaną), ale jak zobaczyłyśmy cenę to musiałam ją wziąć. Kosztowała całe sześć złotych, więc wiecie. Czuję się usprawiedliwiona.

Dwudziestego maja pojawiłam się również na targach książki w Warszawie, a co to za targi jeśli wróci się z nich bez przynajmniej jednej książki, a skoro chciałam zapoznać się ze Żniwiarzem i Buntowniczką z pustyni, to je kupiłam, bo tak. W tym przypadku moją wymówką znów jest świetna cena na jaką natrafiłyśmy. Jeśli chcecie dowiedzieć się o tym więcej to zapraszam do posta o targach.

Będąc w Auchanie po jedzenie nie mogłam nie zahaczyć o kosz z tanimi książkami. Na moje szczęście, albo nieszczęście była tam książka, na którą polowałam już od dawna. Nie mogłam przejść obok takiej okazji obojętnie, więc Między książkami znalazło się w moim koszyku.

Już po maturach przyszła do mnie również Lokatorka od wydawnictwa Otwartego, za którą się będę właśnie zabierać. Jej premiera jest czternastego czerwca i po tylu pozytywnych opiniach wiem, że jest na co czekać. Myślę, że właśnie w okolicy tej daty pojawi się moja opinia na jej temat, więc wyczekujcie. Tego samego dnia od Otwartego dostałam również Coś niebieskiego, czyli książkę w zamian za recenzję Ogrodu małych kroków, który zagościł na mojej wirtualnej półce. Post o nim również pojawi się w okolicach czternastego czerwca, bo także ta książka ma wtedy premierę.

Ja definitywnie muszę przestać chodzić do sklepów, bo tym razem w Tesco dorwałam kolejną książkę. Wchodząc do sklepu rzuciła mi się w oczy i krzyczała "kup mnie". Jest to Misery Stephena Kinga. Z panem Królem miałam jedno spotkanie przy okazji czytania Carrie i tamta książka była okropna. Nie potrafiłam jej skończyć, ale mnogość fanów tego autora sprawiła, że chcę dać mu ponownie szanse. Tym bardziej, że opis Misery bardzo mnie zaciekawił, więc zobaczymy co z tego wyjdzie.

Drugim i ostatnim majowym ebookiem jest książka Lily i ośmiornica znowu od wydawnictwa Otwartego. Ma ona premierę dopiero na początku lipca, ale uwierzcie, że jest na co czekać. To piękna opowieść o miłości człowieka i psa oraz radzeniu sobie ze stratą. Moja recenzja o niej pewnie pojawi się pod koniec czerwca, abyście na świeżo po jej przeczytaniu mogli zdecydować, czy chcecie poznać tę historię. 

Ostatnia paczka (jakoś udało mi się dotrwać do tego momentu) to przesyłka od wydawnictwa Nowae Res, z którym zawarłam współpracę. Skrycie liczyłam, że przyjdzie ona już pierwszego czerwca i będę mogła ją zaliczyć na nowy miesiąc, ale kurier zadzwonił do drzwi dokładnie trzydziestego pierwszego maja i tym sposobem mogę dopisać kolejne pięć książek na maj. W ogromnej kopercie znalazły się: pierwszym tom Ostatniej spowiedzi, Wszystko wina kota!, Martwe ciało Mavericka, Projekt mąż oraz Oczy wilka. Każdej tej książki jestem bardzo ciekawa, więc już niedługo będę się za nie zabierać.

No i to tyle. Bardzo udany miesiąc był z tego maja. Teraz tylko pozostaje odwieczny problem, gdzie ustawiać książki i kiedy je czytać. Na szczęście do pracy wyjeżdżam dopiero dwudziestego trzeciego czerwca i do tego czasu mogę poświęcić się w stu procentach czytaniu.

A jak wasze zakupy? Zdobyliście to co planowaliście, czy tak jak ja kierowaliście się losem i tym co rzuciło się wam w oczy? Napiszcie mi koniecznie w komentarzach!
Copyright © 2016 oddam ci książkę , Blogger