piątek, 26 maja 2017

Promyczek | Kim Holden

Promyczek | Kim Holden

Przed przeczytaniem Promyczka wzbraniałam się jak tylko mogłam. Każdy polecał mi tę książkę, w tym nawet moja babcia, ale ja nie miałam na nią ochoty. Bałam się, że po tylu ochach i achach nie przypadnie mi ona do gustu i będę rozczarowana. Gdy wydawnictwo Filia ogłosiło, że Kim Holden pojawi się na warszawskich targach książki, ciekawość zaczęła rosnąć, a gdy moja wizyta na tym wydarzeniu była już w stu procentach pewna, stwierdziłam, że po prostu muszę przeczytać tę książkę, aby potem nie żałować, że ominęła mnie okazja spotkania autorki. Tym sposobem Promyczek jest już za mną i nie mam pojęcia czemu ja czekałam tyle czasu.

Akcja powieści rozpoczyna się w momencie przeprowadzki Kate na studia. Miłośniczka kawy postanowiła na nowo rozpocząć swoje życie bez krążących wokół niej wspomnień. Ląduje na małej uczelni Grant, gdzie pierwszym miejscem, którego szuka, jest kawiarnia, w której może zaspokoić swoje kofeinowe uzależnienie. Nie spodziewa się, że przyjdzie jej poznać chłopaka, który zawładnie jej życiem i sprawi, że najmniej samolubna osoba na świecie będzie chciała czegoś tylko dla siebie.

Szczerze wam powiem, że do napisania mojej opinii na temat Promyczka zbierałam się ponad tydzień. Za każdym razem jak myślałam, że to jest ten czas i uda mi się przedstawić to, co myślę, w momencie przysiadania do klawiatury komputera nie wiedziałam od czego zacząć. Dalej nie wiem i sprawia mi to trudność. Ta książka była zbyt dobra, żeby móc pisać o niej pseudo recenzje. W recenzji nie da się oddać uczuć jakie towarzyszyły przy lekturze i przedstawić wiadra łez, które wylałam podczas ostatnich stu stron, a muszę zaznaczyć, że prawie nigdy nie płaczę przy czytaniu. O wiele częściej zdarza mi się to, gdy oglądam filmy i jest niewiele książek, które potrafią wywołać u mnie łzy. Promyczek się do takich zalicza i zajmuje miejsce na samym szycie listy, bo nie pamiętam kiedy ostatnio z moich oczu lał się taki wodospad.

Kate to bohaterka idealna i właśnie tej kreacji obawiałam się najbardziej. Nie lubię postaci zbyt wyidealizowanych, pozbawionych wad, bo są one dla mnie nierzeczywiste i denerwujące, jednak z ręką na sercu mogę napisać, że przez te prawie sześćset stron, Promyczek ani razu mnie nie zdenerwowała. Przeciwnie, czytając tę książkę towarzyszyło mi uczucie ciepła i chęć bycia osobą tak dobrą, jak ona. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej doceniałam tę bohaterkę i byłam pod wrażeniem, jak łatwo przychodzi jej pogodzenie się z losem. Kate była postacią pozbawioną zazdrości i nienawiści, przyjmującą wszystko z szerokim uśmiechem na twarzy i wdzięcznością. Była połączeniem nieśmiałości z odwagą. Spokoju z ogniem. Niezbyt bezczelna, ale równocześnie znająca swoją wartość. Pomocna, ale nie dająca się wykorzystywać. Jej osobowość była idealną równowagą wszystkich cech, które posiada każdy człowiek. Początkowo myślałam, że pani Holden wyobraziła sobie po prostu wszystkie najbardziej pozytywne cechy i postanowiła stworzyć z nich bohaterkę, ale po jej poznaniu oraz obejrzeniu wywiadu Cat wiem, że Kate to w pewnym stopniu odbicie samej autorki, która jest właśnie taką niesamowicie życzliwą osobą.


Kate miała przyjaciela. Przyjaciela, który zawładną moim sercem nawet bardziej niż przystojny Keller, którego spotyka na uczelni. Gus to kolejny ideał i towarzysz, jakiego każdy chciałby mieć przy sobie. Gwiazda rocka, która pod całą otoczką przebojowości kryje wrażliwego chłopaka, który całe swoje serce oddałby najlepszej przyjaciółce. Każda rozmowa tych dwóch bohaterów ukazana w książce, wywoływała na mojej twarzy uśmiech. Ich relacja była świetna i moim zdaniem o wiele lepsza niż ta między Kate i Kellerem, do której swoją drogą również nie mam żadnych zastrzeżeń. Po prostu przyjaźń Gusa i Promyczka istniała od zawsze i dało się to czuć w każdej ich konwersacji, a znajomość z Kellerem nie zdążyła rozwinąć się do takiego poziomu.

Promyczek po opisie na okładce wydaje się być prostą historią miłosną z demonami przeszłości odgrywającym główną rolę. Brzmi to powtarzalnie i mdło, bo takie streszczenie fabuły możemy znaleźć na co drugiej książce znajdującej się w dziale romansów dla młodzieży. Dziewczyna ucieka do małego miasta, gdzie poznaje przystojnego chłopaka, ale oboje mają swoje sekrety, które mogą zaważyć na ich losach. Masło maślane i flaki z olejem, ale uwierzcie, że tak nie jest. Wiem, że stworzenie opisu na tył okładki jest szalenie trudnym zadaniem - musi on zachęcić czytelnika jednocześnie nie zdradzając żadnego istotnego punktu fabuły, jednak to co znajduje się na Promyczku oddaje jego sens mniej więcej w dziesięciu procentach. Owszem, pojawia się historia miłosna, ale nie ona odgrywa pierwsze skrzypce. Według mnie główną rolę ma tutaj dobroć i ciepło, jakie autorka chciała przekazać w tej powieści, bo czytając te książkę ma się cały czas uśmiech na ustach, a w końcowej części pomieszanie uśmiechu z łzami. Obszerność tej książki sprawiła, że miałam czas na zżycie się z dosłownie każdym bohaterem, a wszystkie wydarzenia działy się w idealnym tempie, które nie było ani za wolne, ani za szybkie. Cała powieść to bowiem aż pół roku, które dla mnie mogłoby trwać w nieskończoność. Pokochałam te postaci i przewracając ostatnią stronę byłam pełna smutku. Czułam, jakbym musiała zostawić swojego najlepszego przyjaciela i wyjechać na drugi koniec świata. Dawno żadna pojedyncza książka nie wzbudziła we mnie tylu uczuć.

Trudno jest za pomocą słów przekazać jak bardzo powieść złamała serce. Sytuacje, które miały miejsce w Promyczku pojawiają się w wielu innych książkach, ale Kim ma w swoim stylu pisania coś takiego, że wszystko działało na mnie dwa razy mocniej. Każdą emocję odczuwałam intensywniej i każda łza była większa od poprzedniej. Nie były to pojedyncze krople tylko cały potok lejący się po policzkach. Teraz tylko pozostaje mi zaopatrzyć się w Gusa, bo już wiem, że przeczytam wszystko, co wyjdzie spod pióra pani Holden. 

Jeśli przebywacie już jakiś czas na moim blogu, to może zauważyliście, że oceniam książki dość rygorystycznie. Tylko raz zdarzyło mi się wystawić ocenę dziesięciu gwiazdek i było to przy genialnym Imperium burz, które dalej siedzi mi w głowie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Teraz po kliknięciu w etykietę dziesięciu zakolorowanych gwiazdek znajdziecie stronę z dwoma tytułami i wydaje mi się, że to powinna być dla was wystarczająca rekomendacja.
★★★★★

poniedziałek, 22 maja 2017

Targi książki w Warszawie

Targi książki w Warszawie
Targi książki w Warszawie to wydarzenie, na którym od zawsze chciałam się pojawić. Co roku łudziłam się, że w końcu uda mi się na nie pojechać, ale zawsze w ostatniej chwili wypadało mi coś innego. W tym roku w końcu spełniłam swoje marzenie i dwudziesty maja był jednym z najlepszych dni w moim życiu.

W Warszawie mogłam być niestety tylko jeden dzień. Nie miałam możliwości zostania w niej na noc, dlatego z czterech dni targowych wybrałam sobotę. Wiedziałam, że w ten dzień będą szalone tłumy, jednak perspektywa poznania Kim Holden i Remigiusza Mroza sprawiła, że byłam gotowa na przeciskanie się wśród wielbicieli książek.


Razem z moją koleżanką Olą już o dziesiątej byłyśmy pod stadionem i tu zaczęła się pierwsza kolejka, w której musiałyśmy wystać swoje. Do wejścia ustawił się już niemały tłumek i trochę to minęło, aż weszłyśmy na teren stadionu. Oczywiście pierwszym przystankiem było stoisko Filii, gdzie o jedenastej książki miała podpisywać Kim. I tu następuje moment, gdzie natrafiłyśmy na drugą kolejkę, w której w sumie stałyśmy około dwóch godzin. Dwie godziny czekania, aby móc przez dosłownie trzydzieści sekund porozmawiać z Kim, ale uwierzcie, że było warto. Kim jest niesamowicie ciepłą i kochaną osobą! Ogromnie się cieszę, że mogłam ją poznać i tylko troszkę żałuję, że nie było nam dane porozmawiać chodź przez kilka minut.

W kolejce do Kim poznałam Natalię z bookstagrama @natbooks oraz jej koleżankę Ewelinę, z którymi tak naprawdę spędziłam całą resztę targów. Wszędzie chodziłyśmy we cztery i dzięki temu udało się nam złapać genialną okazję na stoisku Czwartej Strony. Swoją drogą, Czwarta Strona miała chyba najlepsze ceny na całych targach. Sytuacja z cenami jest taka sama jak na białostockich targach - szału nie było i na większości stanowisk promocja wynosiła -25%, co nie jest niczym spektakularnym, zmuszającym do otwierania portfeli, ale właśnie na Czwartej Stronie udało nam się zrobić świetny deal. Jako że byłyśmy cztery, to w sumie kupiłyśmy razem 11 książek, a przy takiej ilości pani oddała nam je za 15 złotych za sztukę. Dziewczyny wzięły zestaw Buntowniczka z pustyni, Żniwiarz i The call, a ja odpuściłam sobie tę ostatnią, bo jak dobrze wiecie już ją mam. Dodatkowo w torbach znalazłyśmy mnóstwo zakładek promocyjnych, darmowych fragmentów książek, plakat Buntowniczki z pustyni oraz cudowne przypinki od tojko!<3



Razem z dziewczynami chciałyśmy się wybrać również na wymianę książkową, ale gdy zobaczyłyśmy jak wygląda do niej kolejka, postanowiłyśmy ją sobie odpuścić i powędrowałyśmy po zakładki do Epikpage. Tam również tłumy były niesamowite, ale nie ma co się dziwić. Wybór był ogromny i dało się tam stracić mnóstwo pieniędzy. Na szczęście po początkowym szale udało mi się opanować i kupiłam w sumie cztery zakładki. Dwie dla mnie i po jednej dla mojego rodzeństwa.



Po wizycie u epikpage'a przyszedł czas na kolejną kolejkę czyli spotkanie z panem Mrozem. Szczerze wam powiem, że ludzi było jeszcze więcej niż do Kim i w godzinę przesunęłyśmy się może jakiś metr, albo i nie, a byłyśmy w tej początkowej części niekończącego się wężyka. Staliśmy tam od 13:30, ale był to cudowny czas. Nasza ekipa składała się z tylu fantastycznych ludzi, że nie dam rady ich teraz wszystkich wymienić. Dzięki nim to czekanie, kiedy wszyscy byliśmy już strasznie zmęczeni, było przyjemnością a nie katorgą. Niestety do pana Mroza wraz ze swoją grupą się nie dopchałam - o siedemnastej miałyśmy z Olą pociąg powrotny, więc aby na niego zdążyć musiałyśmy wyjść ze stadionu już o szesnastej. Wiedziałam, że nie mogę opuścić tych targów bez autografu Mroza, bo spotkanie go było jednym z moich głównych celów, dlatego razem z Darią z @kissingthebookcover udało się nam przebłagać pewną niezbyt sympatyczną panią z początku kolejki, aby pozwoliła mi dosłownie na dziesięć sekund podejść do pana Remigiusza po podpis. W czasie podpisywania zdążyłam mu tylko powiedzieć, że razem z mamą kochamy jego książki i mam nadzieję, że następnym razem uda się nam porozmawiać dłużej.



Jak widzicie, moje targi to była jedna wielka kolejka. Kupiłam na nich tylko trzy książki (o tej trzeciej napiszę za chwilę), ale nie to było dla mnie najważniejsze. Najważniejsi byli ludzie, których tak bardzo chciałam poznać i udało mi się. Nawet nie wiecie jakie to było niesamowite uczucie, móc poznać chodź część tych przekochanych osób, które tworzą bookstagramową społeczność. Udało mi się spotkać Emilkę z @weznieczytaj, Kingę z @kiniabook, Martę z @luellexx, Madzię z @bandzia.book, Darię z @kissingthebookcover, Natalię z @natbooks, Natalię z @nadeine_ od której kupiłam zakładkę z moim ukochanym Jugheadem, Kamila z @booksunset, Olę z @booksmyown, Izę z @isabelaczyta, Asię z @readingladyx oraz Ewelinę, która dopiero wchodzi w społeczność bookstagram'a. Tych osób było jeszcze więcej i przepraszam, że nie wymienię wszystkich, ale po prostu nie pamiętam nazw.:(

Wracając do tej trzeciej książki jest to Promyczek, który jest dla was! Od samego początku planowałam zdobyć dla was egzemplarz z autografem na rozdanie i cieszę się, że mi się to udało, a więc jeśli chcecie zdobyć Promyczka z autografem autorki zapraszam na mój instagram, gdzie od dzisiaj (22.05.) przez najbliższe dwa tygodnie trwa rozdanie. Mam nadzieję, że weźmiecie w nim udział.:)

Targi były wydarzeniem, którego szybko nie zapomnę. Następym razem jednak będę starała się wybrać minimum na dwa dni, żeby móc dłużej cieszyć się tą świetną atmosferą, bo w tym roku wszędzie musiałam lecieć jak szalona, żeby zdążyć. A wy byliście na targach? Jeśli tak, to mam nadzieję, że bawiliście się świetne, a jak nie to trzymam kciuki, abyście pojawili się za rok!:)








czwartek, 18 maja 2017

Zły Romeo | Leisa Rayven

Zły Romeo | Leisa Rayven

Czasem trafia się na słabe książki. To normalne. Przecież nie wszystko każdemu musi się podobać i zdarza się przeczytać powieść, która totalnie nie przypada do gustu. Najgorzej jest jednak wtedy, kiedy nastawia się na coś dobrego. Na coś co trafi na listę ulubieńców, a niestety ląduje na tej, gdzie mieszczą się książkowe klumpy (tak, oglądam Anitę i tak, uwielbiam Więźnia labiryntu). Tak właśnie było w przypadku Złego Romea i muszę przyznać, że tytuł pasuje tutaj idealnie - zły nie był Romeo, ale cała ta książka.

Cassie to dziewczyna, która kiedyś została zraniona przez wybranka swojego serca. Próbuję o nim zapomnieć, aż okazuje się, że będą odtwórcami dwóch głównych ról w świetnie zapowiadającym się przedstawieniu. Dziewczyna postanawia być silna i uporać się w końcu ze swoją dawną miłością. Nie wie jednak, że Ethan ma co do nich zupełnie inne plany i chce ją odzyskać za wszelką cenę.

Ja naprawdę liczyłam, że ta książka przypadnie mi do gustu. Spodziewałam się lekkiego romansu, który przeczytam z przyjemnością i z chęcią wrócę do niego w przyszłości. Owszem, książkę czytałam w ekspresowym tempie, jednak z każdą stroną byłam coraz bardziej zażenowana i wciąż czekałam na jakiś zwrot akcji, którego sie nie doczekałam i zniesmaczona odłożyłam tę książkę.

W historii są przedstawione dwie osie czasowe. Przeplatana jest teraźniejszość z przeszłością, ale nie na zasadzenie niewielkich nawiązań. Wygląda to tak, jakby powstały dwie odrębne historie, które autorka postanowiła połączyć w jedną książkę. Również zarówno przeszłość, jak i teraźniejszość są przedstawione tylko z punktu Cassie, czyli głównej bohaterki, co chyba nie do końca było dobrym pomysłem.

Może zacznę od zalet tej powieści, bo jest ich o wiele mniej. Na plus muszę zaliczyć pojawiające się, chodź tylko w pierwszej części powieści, nawiązania do teatru. Mimo że było ich niewiele w porównaniu z tym, czego się spodziewałam, to wciąż jednak coś. Humor również tutaj zagościł i zdarzyło mi się roześmiać przy czytaniu. Ostatnia zaleta to zakończenie i mail Holta do Cassie. Szczerze mówiąc, właśnie on uratował odrobinę Złego Romea w moich oczach. Gdyby nie ten mail, moja ocena byłaby najprawdopodobniej niższa o jeszcze jedną gwiazdkę.


Skoro te nieliczne plusy mamy już za sobą, czas na tę gorszą część. Po pierwsze - Cassie. Ta dziewczyna była niewyobrażalnie irytująca. Jeszcze nigdy nie spotkałam bohaterki, która byłaby tak napalona. Serio. Tak jak pisałam na instagramie, nawet Anastasia z Grey'a była bardziej powściągliwa i taktowna. Cassie była dziewicą, której celem życia było zaciągnięcie Holta do łóżka. Panna Taylor na początku książki zostaje przedstawiona jako spokojna, typowa szara myszka, ale dosłownie po paru stronach rozwodzi się w pamiętniku na temat penisa Ethana. Jeju. Czytanie tych jej przemyśleń było czystą katorgą. W pewnym momencie było mi aż szkoda chłopaka i wcale się nie dziwię, że cały czas ją upominał i odciągał od siebie.

Kolejna irytująca rzecz to chemia, jaka niby była między bohaterami. Jak to wszyscy bardzo ją widzieli i była niesamowicie odczuwalna. Niemal na każdej stronie musiało zostać podkreślone to ogromne oddziaływanie bohaterów na siebie. Jak nie potrafili się przy sobie opanować i byli jak dwie bratnie dusze. Jest mnóstwo autorek i autorów, niekoniecznie romansów, którzy potrafią budować napięcie. Idealnym przykładem jest tutaj chociażby Remigiusz Mróz czy Cassnadra Clare. Gdy czytam ich książki, chemia między bohaterami jest wręcz namacalna i do przedstawienia jej nie jest potrzebne ciągłe o niej przypominanie. Niestety Leisa Rayven nie posiada tej umiejętności i gdyby o napięciu między bohaterami nie wspomniała, to w życiu był o nim nie pomyślała. 

Książka liczy sobie ponad czterysta stron, ale tak naprawdę to nic się w niej nie dzieje. W kółko powtarza się ten sam schemat: Cassie jest napalona, rzuca się na Holta, on nie chce się z nią przespać, ale zapewnia ją, że ma na to ochotę. Koniec i od nowa. Mimo że fabuła postępuję, to zmieniają się w niej tylko niuanse, które zostają przysłonięte przez główny wątek, jakim jest seks. Seks, seks i jeszcze więcej seksu. Współczuje dzieciom autorki, które w przyszłości będą chciały sprawdzić jakie "dzieło" stworzyła ich mama.

Gdy Ethan na nowo pojawia się w życiu Cassie, dziewczyna nie chce przyjąć go z powrotem, bo nie może wybaczyć mu czegoś, co zrobił w przeszłości. Cała książka zmierza do tego, aby czytelnik mógł odkryć tę wielką tajemnicę, ale zgadnijcie co. Nie jest ona odkryta! Jak się okazuje pani Rayven napisała aż trzy książki. Trzy książki o napalonej Cassie i biednym Ethanie. Chryste, nie wiem czy będę wstanie przeczytać jeszcze dwie kolejne, aby w końcu dowiedzieć się co to za sekret. Może po prostu po premierze poszukam spoilerów.

Zły Romeo jest zły, ale czyta się przyjemnie. Jego lektura na szczęście nie zajęła mi dużo czasu, więc nie mogę napisać, że go zmarnowałam. Nie mogę również zdobyć się na polecenie wam tej książki, więc czytacie ją na własną odpowiedzialność. Sama nie wiem, czy skuszę się o kontynuowanie tej serii. Może po premierze, gdy ktoś potwierdzi mi, że drugi tom jest lepszy od pierwszego, dam jej szanse. Na ten moment nie planuje do niej wracać i zaliczam ją do tych nieudanych.


★★★★☆☆☆☆

wtorek, 16 maja 2017

Caraval | Stephanie Garber

Caraval | Stephanie Garber

Do debiutów literackich zazwyczaj podchodzę bardzo ostrożnie. Autor przecież też musi mieć czas, aby wypracować swój warsztat i umiejętność zaskakiwania czytelnika, dlatego te początkowe powieści zazwyczaj są najsłabsze. Caraval jest pierwszą książką z dorobku pani Garber, jednak wbrew moim obawom, wyjątkowo udaną.

Scarlett i jej siostra Tella od zawsze chciały wziąć udział w magicznej grze, jaką jest Caraval. Co roku wysyłały listy do mistrza ceremonii, Legendy, z prośbą o zaproszenie, ale nigdy nie otrzymały odpowiedzi. Dopiero gdy straciły wszelką nadzieję, niespodziewanie uzyskują wiadomość o nadchodzącej grze wraz z zaproszeniami. Siostry postanawiają podjąć wyzwanie i zawalczyć o nagrodę, jaką jest spełnienie jednego marzenia. Niestety, tuż po przybyciu na wyspę, Tella znika, a Scarlett musi zrobić wszystko żeby ją ocalić.

Jak tylko zaczęłam czytać tę książkę, moim pierwszym skojarzeniem była opowieść o pewniej dziewczynce, która podążając za białym królikiem z zegarkiem, trafiła do magicznej krainy, w której ciężko było odróżnić rzeczywistość od jawy. Właśnie taki jest Caraval. Pełen niejasności i zagadek. Bardzo łatwo można było się pogubić w tym co jest prawdą, a co się tylko pod nią podszywa. Tajemniczość to cecha, która cały czas pojawiała mi się w głowie przy czytaniu tej książki i szczerze mówiąc, sama w pewnym momencie nie wiedziałam, co dzieje się naprawdę, a co jest tylko iluzją wytworzą przez grę. Autorce trzeba przyznać, że umiejętnie stworzyła swój świat, który cały czas potrafił mnie zaskoczyć. Do samego końca nie potrafiłam zaufać żadnemu bohaterowi, bo dzięki kreacji pani Garber, każdy wydawał mi się być podejrzany. Nawet po przeczytaniu zakończenia, które swoją drogą jest zaskakujące i pozwala się spodziewać kolejnego tomu, nie wszystko mi się rozjaśniło w głowie. Mam nadzieję, że kolejne części uzupełnią moją wiedzę.


Ważną częścią tej historii jest relacja sióstr, która bardzo mi się spodobała. Scarlett i Tella były jak ogień i woda - zupełnie inne, ale łączyła je jedna wspólna cecha. Obie były w stanie wszystko poświęcić, aby uratować tę drugą. Darzyły się ogromną miłością, która aż biła z kart tej książki. Scarlett na początku powieści planowała nawet małżeństwo tylko po to, aby zapewnić sobie, a także przede wszystkim swojej siostrze, bezpieczeństwo. Właśnie ta siostrzana miłość i przyjaźń w dużej mierze wpłynęła na mój odbiór Caravalu. Prawdopodobnie jest to podyktowane tym, że sama, tak jak Scarlett, mam młodsze rodzeństwo, więc mogłam w stu procentach zrozumieć co czuła.

Chodź czytałam recenzję, w której zostałam zapewniona, że wątek romantyczny w Caravalu się nie pojawia, to jednak było inaczej. Przystojny Julian wkracza do fabuły już na samym początku powieść i przedstawiony jest tak, że od razu wiadomo jaka będzie jego rola. Co prawda wątek romantyczny mi nie przeszkadzał, ale sądzę, że książka wybroniłaby się również bez niego, tym bardziej, że nie był on jakoś fenomenalnie poprowadzony. Ja po prostu nie jestem fanką relacji, które powstają w ciągu trzech/czterech dni, a są nazywane miłością po grób. Jest to dla mnie nierzeczywiste i męczące.

Caraval nie jest pozbawiony błędów i niektóre dialogi, czy zwroty akcji wydawały mi się sztuczne. Nie wiem czy to kwestia tłumaczenia, czy niedoświadczenia autorki, ale czasami coś mi nie grało, chodź nawet nie potrafię określić co. Wydaje mi się, że każdemu, kto czyta książki, zdarza się po prostu odczuć pewnego rodzaju zgrzyt, którego nie da się wyjaśnić za pomocą słów. Może przesadzam, jednak takie odniosłam wrażenie podczas lektury.

Debiut Stephanie Garber jest książką przyjemną, porywającą w swój magiczny świat. Zmusza do intensywnego przyglądania się każdemu elementowi i daje przyjemność odkrywania kolejnych puzzli w układance, jaką jest tytułowa gra. Caraval jest idealny na kilka wieczorów i już nie mogę doczekać się kolejnego tomu.
★★★★★★☆☆☆☆
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Znak.

niedziela, 14 maja 2017

Książki na pomaturalny stres

Książki na pomaturalny stres

Ostatnią maturę, czyli ustny polski, mam 16 maja i właśnie wtedy oficjalnie rozpoczną się moje wakacje. Plan, na pierwsze dni wolnego jest prosty. Czytać, czytać i jeszcze raz czytać, bez widma egzaminów nad głową. Zazwyczaj nie ustalam sobie, co będę czytać, ale pierwszy raz w życiu, wiem za jakie książki chcę się zabrać w najbliższym czasie, stąd taki post. Nie jest to jakaś uniwersalna lista, tylko po prostu mój tbr na drugą połowę maja i czerwiec.

Na samym początku planuję zabrać się za jakiś romans. Ostatnio mam ochotę na takie historie, więc wybrałam dwa tytuły. Pierwszy to Lato koloru wiśni a drugi Zły Romeo. O Lecie nasłuchałam się i naczytałam mnóstwa pozytywnych opinii. Ma to być niezobowiązujący romans akademicki, który pozwoli mi się odstresować po maratonie egzaminów. Każdy podkreśla humor, jaki pojawia się w tej powieść i liczę, że mnie również przypadnie ona do gustu. Z kolei Zły Romeo zaciekawił mnie powiązaniem z Szekspirem oraz aktorstwem. Lubię, gdy w książkach są poruszanego tego typu dziedziny, dlatego chcę zabrać się za ten tytuł.

Kolejna książka to 13 powodów. Chcę ją przeczytać głównie dlatego, żeby móc obejrzeć serial. Słyszałam, że właśnie on jest lepszy, ale skoro mam już książkę i nie jest ona obszerna, to zastosuje się do starej zasady "najpierw książka, potem film".


Na maj mam zaplanowane również poznanie Czasu żniw. Głównym tego sprawcą jest Kamil z bookstagrama @booksunset. Umówiliśmy się, że ja przeczytam Czas żniw, czyli jego ulubioną serię, a on zapozna się z moim ulubieńcem, czyli Szklanym tronem. Mam nadzieję, że zarówno mnie jak i jemu przypadną te książki do gustu i będziemy chcieli kontynuować naszą przygodę z nimi.

Kolejny bestseller bookstagramowy, którego jeszcze nie znam to Szóstka wron. Przepięknie wydana, wciąż przeze mnie nie przeczytana Szóstka wron. Już od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem żeby ją przeczytać i w końcu znalazłam odpowiedni czas. Jestem bardzo ciekawa czy przypadnie mi do gustu, bo opinie na jej temat są niesamowicie podzielone.

Ostatnią książką, którą sobie zaplanowałam jest Miłość to piekielny pies od Bukowskiego. Od jakiegoś czasu mam ogromną ochotę na poezję, dlatego ten tomik znalazł się na liście. Już zdążyłam przejrzeć kilka wierszy i widzę, że będzie to idealna lektura dla mnie.

A wy robicie sobie plany czytelnicze czy idziecie na żywioł? U mnie głównie dominuje ta druga opcja, ale skoro pierwszy raz wiem, co chcę czytać to warto to jakoś uczcić, chociażby postem na blogu.:D

środa, 10 maja 2017

Nowe książki | kwiecień 2017

Nowe książki | kwiecień 2017

Kolejny miesiąc i kolejne nowe książki. Na szczęście przybyło ich mniej niż ostatnio, więc i post będzie krótszy. Mimo, że jest ich tylko siedem, to cieszę się z każdej równie mocno. Nareszcie chodź trochę ograniczyłam moje szaleństwo zakupowe i mogę w końcu zabrać się za wyczytywanie zapasów, znajdujących się na regale.

Pierwszą książką jest Caraval od wydawnictwa Znak. W momencie pisania tego posta, jestem w trakcie czytania i narazie bardzo mi się podoba. Historia ma wyjątkowy klimat i po stu stronach jestem pozytywnie zaskoczona. Na pewno wkrótce pojawi się opinia na jej temat na blogu i tam podzielę się moim odczuciami po całej lekturze.

Od Czwartej Strony otrzymałam książkę The call. Wezwanie, czyli pierwszy tom serii o wróżach Sidhe i nastolatkach, które muszą stawić im czoło. Tę powieść już przeczytałam i nawet naskrobałam opinię, więc po prostu zostawię link. opinia

Przedostatni egzemplarz recenzencki to moje ukochane Imperium burz. Najlepsza książka tego miesiąca, po której dalej nie mogę się pozbierać. Czekanie na kolejny tom nigdy nie było tak okropną perspektywą. O Imperium również jest oddzielny post, więc i tu pozostawię odnośnik. opinia

W poprzednim miesiącu przybył do mnie również e-book Confess od wydawnictwa Otwartego. Niesamowita historia jednej z moich ulubionych autorek. Jeśli uwielbiacie Colleen równie mocno jak ja, jest to dla was lektura obowiązkowa. I znowu się powtórzę, ale opinia wisi na blogu, więc standardowo zostawiam link. opinia

W kwietniu jak co roku odbywały się Targi Książki w Białymstoku, na których miałam okazję się pojawić. Udało mi się zaopatrzyć na nich w trzy nowe książki: 13 powodów,Quiet Kind of Thunder oraz Miłość to piekielny pies. W odrębnym poście na temat tego wydarzenia, możecie się dowiedzieć więcej o tych książkach, więc tam was odsyłam (mam wrażenie, że cały ten post, to jedno wielkie odsyłanie was do innych wpisów). post o targach

Tyle na dziś ode mnie. Mam nadzieję, że wasze kwietniowe zakupy były satysfakcjonujące. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam czytać i oglądać filmiki o nowych książkach, więc koniecznie napiszcie mi co wam udało się zdobyć. Uściski.

niedziela, 7 maja 2017

Confess | Colleen Hoover | Przedpremierowo

Confess | Colleen Hoover | Przedpremierowo

Jak dobrze wiecie, Colleen Hoover jest jedną z moich ulubionych autorek. Mimo, że część jej historii wydaje się być nierzeczywista, to tkwi w nich jakiś pierwiastek prawdziwości, który sprawia, że cały czas się zastanawiam, czy mogło się to wydarzyć naprawdę. Ostatnio miałam przyjemność zapoznać się z jej najnowszą powieścią Confess. Czy wywarła na mnie równie duże wrażenie, jak poprzednie książki tej autorki?

Auburn to dziewczyna, która desperacko potrzebuje pieniędzy, więc gdy tylko widzi ogłoszenie o pracy, nie zastanawia się zbyt długo. W ten sposób poznaje Owena, miejscowego artystę z najzabawniejszymi inicjałami na całym bożym świecie. OMG jest malarzem, a inspiracje do swoich dzieł znajduje w anonimowych wyznaniach podrzucanych przez przypadkowych ludzi. Gdy los stawia mu na drodze Auburn wie, że to nie może być przypadek.

Jestem okropna w streszczaniu fabuły książek. Zawsze boję się, że napisze coś, co zdradzi wam istotną część historii. Dlatego musicie mi wybaczyć, a ja mam nadzieję, że w końcu nauczę się robić to poprawnie, bez trudności, jakie mi teraz towarzyszą.

Za każdym razem jak przysiadałam do tej książki wybierałam beznadziejny czas. Pierwszy raz włączyłam ją przy śniadaniu i tak pochłonęła mnie ta historia, że prawie się spóźniłam do szkoły i musiałam wręcz do niej biec. Potem wzięłam się za Confess wieczorem. Leżałam w wygodnym łóżku i chciałam poczytać godzinkę do poduszki. Godzinkę, mhm. Skończyło się na tym, że ledwo utrzymywałam oczy otwarte, ale z uporem powtarzałam "jeszcze tylko jeden rozdział". Morał z tej historii taki: jeśli nie macie wolnych kilku godzin broń Boże, nie zabierajcie się za Confess.

Nowa powieść Hoover "kręci" się wokół malarstwa, czyli kolejnej artystycznej dziedziny. Byłam bardzo mile zaskoczona, gdy okazało się, że w książce znalazła się część obrazów Owena. Ułatwiło mi to odbiór jego sztuki i nie musiałam bać się, że źle sobie coś wyobrażę. Oczywiście obrazy Owena tak naprawdę nie są jego tylko Danny'ego O'Connora, czyli artysty, który zgodził się użyczyć swoich dzieł na potrzeby powieści. Zadziwia mnie to, jak bardzo Colleen przykłada uwagę do tego typu detali. Do Maybe someday powstały piosenki, a tutaj autorka zadbała o obrazy. Te zabiegi sprawiają, że ja jako czytelnik czuję, że dostałam coś finalnego i głębszego niż sama książka.



Kolejnym świetnym pomysłem jest idea wyznań. Każdy może napisać na kartce swój największy sekret i powierzyć go dla kogoś, kto nie będzie oceniał, tylko stworzy z tego coś pięknego. Wyznania były zarówno pozytywne jak i negatywne, ale każde z nich wydawało mi się prawdziwe i z tego co wyczytałam na lubimy czytać rzeczywiście takie były. Szczerze mówiąc chciałabym, żeby coś takiego powstało w naszym kraju. Miejsce, gdzie można wyrzucić z siebie emocje. Kto wie, może nawet istnieje, a ja po prostu wcześniej o nim nie słyszałam.

Colleen pisze romanse i trzeba jej przyznać, że się do tego nadaje. Napięcie, jakie pojawia się między bohaterami, jest odczuwalne już od pierwszego ich spotkania. Nic jednak nie dzieje się zbyt szybko. Autorka opracowała idealne tempo, które pozwala odczuć autentyczność historii. Nie ma tu wyznań miłości po dwóch randkach, co mnie niemiłosiernie denerwuje w tego typu literaturze. Nie ma niepotrzebnych banałów i obietnic bez pokrycia. 

Bohaterowie to również duża część tej historii, więc głupio byłoby o nich nie wspomnieć. Zacznę od Auburn, bo tutaj mam trochę więcej do napisania. Z jednej strony polubiłam ją i kibicowałam jej podczas całej lektury. Była osobą, która wie, czego chce i zna swoje priorytety, dla których jest gotowa wiele poświecić. Z drugiej jednak, wydaje mi się, że mogła bardziej przeciwstawić się pewnej postaci. Bądź co bądź była dorosłą kobietą, a nie nastolatką bez żadnych praw. Ta jej bezradność, która momentami się pojawiała, działała mi na nerwy, bo wiem, że mogłaby zrobić więcej. Do męskiej postaci, czyli Owena Masona Gentry'ego, nie mam żadnych zastrzeżeń. Facet ideał i tyle w temacie.

Historie miłosne są zazwyczaj do bólu przewidywalne i byłam miło zaskoczona, gdy ta się taką nie okazała. Oczywiście nie w stu procentach, bo nie da się zaskoczyć czytelnika każdą stroną, ale były sytuacje, które nawet nie przyszłyby mi do głowy. Połączenie przeszłości z teraźniejszością zostało umiejętnie wykonane i jak to bywa w książkach Hoover u bardziej wrażliwych osób mogły pojawić się łzy.

Confess to świetna powieść o miłości, która będzie idealnym towarzyszem na leniwe wieczory. Z przyjemnością zagłębiałam się w losy Auburn i Owena, tworząc razem z nimi obrazy na podstawie wyznań. Nowa książka Hoover zajmuje, obok Maybe someday, dumne pierwsze miejsce w kategorii najlepszych romansów. Na pewno przeczytam ją w przyszłości jeszcze raz i teraz pozostaje mi tylko czekać na kolejne dzieło mojej ukochanej autorki.
★★★★★★★☆☆
Za możliwość przedpremierowego przeczytania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Otwarte.

Premiera książki już 10 maja!

środa, 3 maja 2017

The call. Wezwanie | Peadar O'Guilin

The call. Wezwanie | Peadar O'Guilin

The call to książka, którą okrzyknięto nowymi Igrzyskami śmierci. Cała tajemnica, jaką otoczony był ten tytuł, sprawiała, że miałam ogromną ochotę sprawdzić o co chodzi z tą nowością. Gdy tylko do mnie przyszła byłam niesamowicie podekscytowana, a do tego jeszcze ta nieziemska okładka, która cały czas przyciągała mój wzrok. Tylko czy treść dorównuje tej wspaniałej oprawie?

Główną bohaterką tej powieści jest Nessa. Dziewczyna, jak większość osób w jej wieku, uczęszcza do szkoły przetrwania, która ma na celu przygotować ją na Wezwanie. Nastolatkowie w różnym wieku przez cały okres dojrzewania są świadomi, że mogą w każdym momencie zniknąć. A znikają zawsze na trzy minuty i cztery sekundy. Tylko niewielkiej części z nich udaje się wrócić z krainy Sidhe - krwiożerczych Wróży, którzy polują na wezwane nastolatki. Nessa od samego początku wie, że chce przeżyć, jednak jak ma to zrobić, gdy choroba nóg nie pozwala jej na ucieczkę?

Przyznam się, że zanim zaczęłam czytać tę książkę, zapoznałam się z kilkoma opiniami na jej temat. Z tego co zauważyłam zdania są dość mocno podzielone. Część osób bardzo ją zachwala, a druga połowa wręcz przeciwnie, uważa, że jest to nieudolne połączenie wszystkich serii młodzieżowych, które ukazały się w ostatnich latach. Ja znajduję się gdzieś pośrodku tych dwóch grup i już piszę dlaczego.

Pomysł, jaki autor miał na tę książkę, bardzo mi się spodobał. Nastolatkowie zostają wezwani do magicznej krainy Sidhe na trzy minuty i cztery sekundy, jednak po drugiej stronie czas ten płynie w zupełnie inny sposób. Aby przeżyć trzeba wykazać się niesamowitym sprytem, ale również odrobiną szczęścia, bo inaczej do świata ludzi zostaną odesłane tylko szczątki wezwanej osoby. Mimo, że idea wezwań kojarzyła mi się lekko z osławionym pudłem z Więźnia labiryntu, to wciąż byłam zainteresowana tym, co autor wymyślił w swojej książce.


Cały świat tej powieści zapowiadał się naprawdę genialnie. Sidhe to stworzenia z którymi jeszcze nigdy nie spotkałam się w literaturze, więc można uznać ich za powiew świeżości i naprawdę liczyłam, że ta pozycja będzie właśnie czymś nowym wśród znanych nam wszystkim schematów. Z jednej strony taka była, ponieważ otrzymałam historię, która mnie zaciekawiła, jednak z drugiej cały czas mi coś w niej nie grało. Brakowało mi głębszego wejścia w tę rzeczywistość, która miała ogromny potencjał. Przez całą lekturę miałam wrażenie, że autor tylko powierzchownie przedstawia mi świat, tak jakby sam do końca nie był pewny, w którą stronę chce go rozbudować. Przez to książka w moich oczach wydała się niedopracowana, pisana wręcz od niechcenia.

Z bohaterami również nie potrafiłam się bliżej zaprzyjaźnić. Są oni kreowani na postacie jednotwarzowe, które od początku do końca albo są w stu procentach dobre albo złe. Oczywiście pojawia się kilka wyjątków, które potrafią zaskoczyć zmianą strony po której walczą, jednak większość z nich łatwo rozszyfrować już po kilku stronach. Do samego końca miałam nadzieję na jakiś zwrot akcji, który pozwoli mi zmienić zdanie i który pokaże, że się myliłam. Jak możecie się domyślić nic takiego niestety nie nastąpiło. Skłamałabym jednak, gdybym napisała, że żaden bohater nie zdobył mojej sympatii. Owszem tacy się pojawili, ale po zamknięciu książki od razu zapomniałam o ich losach.

Powieść ta nie jest pozbawiona zalet, a jedną z nich jest zdecydowanie klimat. Mroczna i brutalna otoczka cały czas towarzyszy bohaterom. Nic nie jest tutaj idealizowane, a krew leje się strumieniami. Autor nie oszczędzał mi opisów zmasakrowanym ciał wezwanych nastolatków i cały czas podkreślał, że taki los może spotkać każdego. Dlatego nie polecam przywiązywać się do jakiegokolwiek bohatera, bo bardzo prawdopodobne jest to, że za kilka stron zginie podczas Wezwania. Cieszę się, że O' Guilin poszedł właśnie w tę stronę i nie zaserwował mi kolejnej uroczej opowieści dla młodzieży, w której dobro zawsze zwycięża nad złem, a giną tylko ci źli. 

Mówi się, że nie powinno się oceniać książki po okładce, ale muszę tutaj o niej wspomnieć. Wydawnictwo Czwarta Strona spisało się znakomicie i oprawa graficzna The call jest zachwycająca. Nie da się przejść obok tej powieści obojętnie. Złoty tytuł  przepięknie mieni się w słońcu, a malutkie czaszki zamiast cyfry zero w numeracji stron są genialnym detalem. Musicie przyznać, że o wiele przyjemniej czyta się książkę, gdy oprócz interesującej treści posiada również śliczne "opakowanie".

The call jest książką dobrą. Myślę, że dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z tego typu literaturą, bardzo przypadnie do gustu. Ja niestety nie mogę zaliczyć jej do grona moich ulubieńców, ale nie trafia również na listę porażek książkowych. Jest poprawnym wstępem do serii, która mam nadzieję zostanie odrobinę lepiej dopracowana. Liczę, że będzie mi dane odkryć nowe tajemnice świata Sidhe oraz że przy następnym spotkaniu z twórczością tego autora zostanę mile zaskoczona.
★★★★★★☆☆☆☆
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.
Copyright © 2016 oddam ci książkę , Blogger