czwartek, 30 marca 2017

Immunitet | Remigiusz Mróz

Immunitet | Remigiusz Mróz

Niedawno pojawiła się opinia o Rewizji, a tu już Immunitet. Przecież miałam dawkować Chyłkę. No cóż wyszło jak wszyło, po części przez premierę Inwigilacji. Wszyscy, którzy zdążyli już ją przeczytać, psioczą na zakończenie piątego tomu, więc moja ciekawska natura kazała mi jak najszybciej nadrobić zaległości. Nadrobiłam i oto czas na moją opinię.

Znowu mamy sprawę (któż by się spodziewał), w której tym razem oskarżonym jest najmłodszy sędzia Trybunału Konstytucyjnego i jednocześnie stary znajomy ze studiów Joanny. Chodzi o zabójstwo, tyle, że hipotetyczny sprawca nawet nie znał ofiary, a jego DNA jakimś cudem znajduję się na zwłokach. Dochodzą do tego intrygi polityczne, których tutaj nie brak, i Chyłka znów musi się zmierzyć ze sprawą pozornie nie do wygrania.

Do końca nie wiem czy jestem zadowolona z tego, co otrzymałam. Z jednej strony znów mogłam wrócić do swojego ulubionego duetu prawniczego z drugiej zaś, po przeczytaniu czterech tomów zauważyłam pewien schemat, który pan Mróz stosuje w każdym z nich. Na początku mamy sprawę, której nie da się wygrać, wszystkie dowody jednoznacznie wskazują sprawcę i tylko dżin z lampy może zmienić bieg wydarzeń. Później na światło dzienne zaczyna wypływać coraz więcej nowych faktów, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, nie wiadomo kto jest kim i o co tu naprawdę chodzi, a na końcu Chyłka-zbawiciel jak zawsze dociera do prawdy i ratuje tyłek każdemu kryminaliście. Super, fajnie, historia jest wciągająca i z zapałem śledziłam cały jej przebieg, ale gdy otrzymuję to samo czwarty raz z rzędu to trudno jest mi powstrzymać się od zrzędzenia. 

Pomijając ten nieszczęsny schemat, całokształt pozostawił pozytywnie wrażenie. Immunitet sięga głębiej niż pozostałe części cyklu. Nie nastawia się na samą rozrywkę i wprowadza czytelnika w świat polityki. Muszę przyznać, że ja kompletnie nie znam się na tego typu sprawach, a wątek ten nie sprawiał mi zbyt dużej trudności. Pan Mróz potrafi konkretnie przekazać co ma na myśli, więc czytelnik nie potrzebuje przygotowywać się do lektury, jak do kolokwium z politologii.


Joanna na szczęście nie denerwowała mnie, jak to było w Rewizji i w końcu po części uporządkowała swoje sprawy. Wróciła stara dobra Chyłka, którą poznałam w Kasacji i mam nadzieję, że już taka pozostanie. W tej części również dowiadujemy się o niej stosunkowo dużo w porównaniu z poprzednimi. Poznajemy jej przeszłość i cały obraz prawniczki zaczyna nam się coraz lepiej kształtować w głowie. Wciąż tylko nie wiem czy jest blondynką, brunetką a może rudzielcem. Ciekawe, jak pan Mróz rozwiąże tę kwestię w serialu, który ma powstać.

Jeśli czytaliście moją opinię o Rewizji, to wiecie, że życzyłam sobie, aby w kolejnym tomie było więcej konfrontacji między Chyłką a Oryńskim. Jakież było moje zdziwienie, gdy marzenie to zostało spełnione. Pierwsza połowa książki to tak naprawdę Joanna i Zordon. Inni bohaterowie pojawiają się sporadycznie i są tylko dodatkiem do tego duetu i nie powiem, żeby mi to przeszkadzało. Uwielbiam tę parę i dla mnie mogłaby powstać oddzielna seria, będąca romansem z nimi w rolach głównych. Pan Mróz mimo, że pisze kryminały, potrafi budować między nimi takie napięcie, że widzę go w roli autora powieści new adult. Chociaż może niech się lepiej za to nie zabiera, bo zamiast czekać na pierwszy pocałunek sto stron, będziemy musieli przebrnąć przez pięć opasłych tomów.

Co do zakończenia, to chyba nie muszę wspominać, że znowu zostaje czytelnikowi zaserwowana bomba, którą przynosi na tacy przebrany za kelnera Remigiusz z chytrym uśmiechem na ustach. Przecież nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił specjalnej niespodzianki na deser. Wcale nie dziwie się, że wszyscy, którzy czytali Immunitet zaraz po premierze, wyrywali sobie włosy z głowy i pisali petycje, aby kolejny tom pojawił się natychmiast. Na szczęście Inwigilację mam już na półce, więc drogi autorze, teraz ja jestem górą, nie muszę się wściekać, bo odpowiedzi znajdują się na wyciągnięcie ręki.

Myślę, że w najbliższym czasie sięgnę również po Inwigilację. Jestem zbyt ciekawa, jak zostanie rozwiązany pewien problem, aby odkładać tę książkę na dalszą przyszłość. Na pewno jednak zrobię sobie chwilową przerwę, ponieważ chcę wrócić do tej serii z nową energią, która pozwoli zapomnieć mi o wyżej wspomniany schemacie i sprawi, że ponownie zakocham się w tej historii. 

★★★★★★★☆☆☆

wtorek, 28 marca 2017

Nothing more | Anna Todd

Nothing more | Anna Todd

Zabierając się za tę książkę nie byłam zbyt pozytywnie nastawiona. Zdążyłam zapoznać się z opiniami osób, które miały ją już za sobą i większość z nich jednogłośnie stwierdziła, że Nothing more jest bardzo słaba i mimo, że chciałam podejść do niej z czystym umysłem, to gdzieś z tyłu głowy ciągle pojawiała się myśl, że nie będę zadowolona.

Nothing more to historia Landona, którego dobrze znają osoby, czytające wcześniej serię After tej samej autorki. Chłopak przeprowadza się dla swojej dziewczyny Dakoty do Nowego Jorku, jednak ona postanawia go zostawić i spróbować samodzielnego życia w nowym miejscu. Landon z braku innych opcji zbytnio nie protestuje i stara się ułożyć sobie życie bez niej, jednak na jego drodze pojawia się inna dziewczyna, która dość szybko zawraca mu w głowie. Nora to całkowite przeciwieństwo Dakoty, lecz mimo to między bohaterami nawiązuje się specyficzna więź.

Zacznijmy od tego, że cała ta historia jest jednym wielkim spoilerem do serii After, której czytałam do tej pory tylko dwa tomy. Teraz już przynajmniej nie muszę zawracać sobie głowy kolejnymi dwoma grubaskami, bo i tak wszystkiego się dowiedziałam dzięki obszernym przemyśleniom Landona w Nothing more, więc jeśli zależy wam na poznaniu historii Tessy i Hardina to broń Boże nie sięgajcie po Nothing more, no chyba, że lubicie wiedzieć jak dana książka się kończy. 

Wracając do samej postaci Landona. Nie mogę powiedzieć (napisać), że nie polubiłam go w Afterze. Były świetnym przyjacielem, który zawsze służył pomocą i ramieniem w przypadku potrzeby wypłakania się, dlatego zaciekawił mnie pomysł na książkę o nim i pomimo negatywnych opinii z pewnego rodzaju entuzjazmem się za nią zabierałam. Landon nie jest typowym bad boyem, których głównie spotykam w tego rodzaju książkach. Należy do tej grupy chłopaków, którzy są spokojni, mili i nigdy nie zawiodą swoich przyjaciół. Przywiązany do rodziny, nie do końca radzi sobie w nowym miejscu i nie wstydzi się przyznać, że tęskni za mamą, która robi najlepsze ciasta na świecie. Z jednej strony wydaje się być odpowiedzialny i uroczy, jednak z drugiej coś mi w nim nie grało. Miałam wrażenie, że autorka nie mogła się zdecydować jak chce go finalnie wykreować. Tak jak pisałam wyżej, momentami przedstawia go jako słodkiego, niewinnego chłopca, a następnie jako osobę, która potrafi myśleć tylko o cyckach Nory czy Dakoty, imię nie robi tutaj dużej różnicy. Myślę, że Annie Todd o wiele lepiej wyszłaby kreacja Landona, gdyby trzymała się jednej opcji i nie próbowała eksperymentować, aby dodać mu charakteru. Nie każdy bohater musi być łamaczem serc i byłabym w stu procentach zadowolona, gdyby pozostał gapą do końca powieści. To pomieszanie dwóch osobowości sporo mu niestety ujęło i moja sympatia nieco przygasła.


Jeszcze do samego Landona warto wspomnieć o jego "życiowych" przemyśleniach, które zajmują większą część tej książki. Tutaj znowu coś mi nie grało. W After autorka postawiła na akcję i brak zbędnych opisów, a w Nothing more najwidoczniej postanowiła podwójnie to nadrobić. Większość myśli Landona powtarza się co kilka stron, jakby pani Todd pisała byle co, aby tylko było, bez czytania tego przed publikacją. Ja rozumiem, że ta książka również miała swoje korzenie na wattpadzie, gdzie rozdziały pojawiają się co jakiś czas i nie jest to tak bardzo odczuwalne, ale przy czytaniu książki "na raz" niesamowicie to przeszkadza, tym bardziej, że te przemyślenia naprawdę nie poruszały żadnych ciekawych tematów.

Kolejna bohaterka odgrywająca dość dużą rolę w tej historii to Dakota. W jej przypadku byłam ogromnie zawiedziona. Myślałam, po poznaniu jej w Afterze, że jest jedną z tych niewielu dziewczyn, które nie będą mnie denerwować, a było zupełnie inaczej. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak zaborczą bohaterką, która nie potrafi zdecydować czego chce. Rzuca Landona, a gdy ten zaczyna się jakoś po tym zbierać i spotykać z kimś innym, wpada w szał niczym rozpieszczona pięciolatka, której zabrano ulubioną zabawkę. Nie rozumiem tej bohaterki i raczej nigdy się to nie zmieni. 

Nothing more mimo wielu wad ma też kilka plusów. Bardzo spodobały mi się w niej nawiązania do Harry'ego Potter'a, bo jako fanka czarodziejskiego świata z uśmiechem przyjmowałam każdą wzmiankę o nim. Miłym zaskoczeniem było również odkrycie, że Tessa i Nora są takimi samymi shipperkami Maleka jak ja. Z chęcią usiadłabym z nimi przed telewizorem i zachwycałabym się tą parą.

Muszę także przyznać tej książce, że czytało mi się ją bardzo szybko. Prosty styl sprawił, że kartki same znikały i lektura tej powieści nie zajęła mi dużo czasu. W jakimś stopniu zaciekawiła mnie historia Landona, która mimo, że pozbawiona fajerwerków, nie była aż taka tragiczna, jak myślałam, że będzie. Mogę nawet z czystym sumieniem napisać, że sięgnę po kontynuację, aby sprawdzić czy główny bohater w końcu oprzytomnieje i zobaczy, jak bardzo jest wykorzystywany przez swoją byłą dziewczynę. 

Nothing more nie jest arcydziełem. Jest książką, w której należałoby bardzo dużo poprawić, aby mogła się chodź trochę zbliżyć do tego tytułu. Jednak jak na wattpadowy twór wypadła zaskakująco dobrze i była miłym towarzystwem w ciągu ostatnich dwóch dni.

★★★★☆☆☆☆


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję:

poniedziałek, 27 marca 2017

Czy czytanie po angielsku jest trudne?

Czy czytanie po angielsku jest trudne?

Czy czytanie po angielsku jest trudne? To dobre pytanie, które zadaje sobie, z tego co zauważyłam, sporo osób. Często na instagramie spotykam się z opiniami, że świetnie byłoby przeczytać coś w oryginale, ale część użytkowników nie jest przekonana do swoich umiejętności i boi się, że nie sprosta lekturze. Sama miałam okazję przeczytać dopiero jedną książkę w oryginale, o czym już wspominałam na blogu, i muszę wam przyznać, że byłam z siebie niesamowicie dumna. Miałam świadomość, że odebrałam powieść bezpośrednio tak, jak planowała mi ją przekazać autorka, a nie za pośrednictwem tłumaczenia, które powiedzmy sobie szczerze, czasami ujmuje oryginałowi. 

Jednak co zrobić, gdy nie jesteśmy pewni swoich możliwości językowych? Jest na to idealne rozwiązanie w postaci wydawnictwa [ze słownikiem]. Możliwe, że już słyszeliście o nim, ponieważ ostatnio jest dość głośno na jego temat, jednak jeśli nie, to już tłumaczę o co chodzi. Wydawnictwo [ze słownikiem] wydaje klasykę literatury w oryginale, zarówno tę dla młodszych jak i starszych. Ich książki opatrzone są trzema rodzajami słowników. Na początku znajdziecie spis słówek, które najczęściej pojawiają się w danej powieści i z którymi warto zapoznać się przed lekturą, ponieważ ułatwi wam to czytanie. Następnie na marginesach, przez całą książkę, wymienione są trudniejsze słówka, które zostały wytłuszczone w tekście, co pozwala na ich szybkie sprawdzenie, bez bawienia się w szukanie słownika na półce lub w telefonie. Na samym końcu zaś znajdziecie tłumaczenie wszystkich wyrazów, które pojawiły się w książce, więc nawet gdy coś nie znalazło się w pierwszych dwóch słownikach, na pewno będzie w tym trzecim, najbardziej obszernym. 


Książki od [ze słownikiem] są również podzielone na poziomy zaawansowania, tak, że każdy może znaleźć lekturę odpowiednią dla dla siebie i swoich umiejętności. Ja wybrałam te z najłatwiejszego poziomu, bo mimo, że jestem względnie zadowolona ze swojego angielskiego, to klasyki pisane są zupełnie inaczej niż młodzieżówki i wolałam nie porywać się na głęboką wodę. Tajemniczy ogród to opowieść, którą za dzieciaka bardzo lubiłam oglądać w formie bajki, więc teraz świetnym pomysłem będzie poznanie oryginalnej wersji. Natomiast Anię z Zielonego Wzgórze każdy powinien znać i aż wstyd się przyznać, że jej jeszcze nie czytałam. Na szczęście nadrobię swoje zaległości i poznam opowieść o Ani i to w dodatku w języku angielskim. 

Muszę też wspomnieć o wydaniu tych książek, bo jest ono bardzo w moim stylu. Jak możecie zauważyć po moich zdjęciach, jestem zwolenniczką minimalizmu, więc te proste, białe okładki z kolorową nazwą wydawnictwa jak najbardziej mi odpowiadają. Prezentują się pięknie i już nie mogę się doczekać kiedy zabiorę się za lekturę, która swoją drogą na pewno pomoże mi w przygotowaniach do matury z angielskiego. 

Poniżej wrzucam wam kilka zdjęć, abyście mogli sami przekonać się jak to wszystko wygląda od środka. Serdecznie zachęcam was do sprawdzenia oferty tego wydawnictwa, bo pojawia się tam coraz więcej nowych pozycji. Może akurat znajdziecie coś, co was zainteresuje i przy pomocy [ze słownikiem] rozpoczniecie swoją przygodę z czytaniem po angielsku, które wcale nie jest takie trudne jak się może wydawać.:)
link do strony wydawnictwa: kliknij tutaj :)





Za książki bardzo dziękuję:

sobota, 25 marca 2017

November 9 | Colleen Hoover

November 9 | Colleen Hoover

Nie wiem czy wiecie, ale uwielbiam Colleen Hoover. Zawsze, gdy potrzebuję lekkiej niezobowiązującej książki, która pozwoli mi się odstresować i zapomnieć o bożym świecie, to w ciemno sięgam po którąś od tej pani. Tak było i tym razem. Chciałam romansu, dzięki któremu oderwę się od rzeczywistość i spędzę kilka godzin zagłębiając się w losy bohaterów i to otrzymałam.

Ben i Fallon poznają się 9 listopada w nietypowych okolicznościach. Data ta jest wyjątkowa dla obojga bohaterów, a ich przypadkowe spotkanie przeradza się w dzień spędzony razem. Gdy dobiega on końca postanawiają ustanowić z niego pewien rytuał - co roku, dziewiąty listopada mają spędzić razem, w tym samym miejscu i o tej samej porze. Wyznaczają sobie zadania na kolejny rok i obiecują zero kontaktu między spotkaniami.

Na samym początku muszę przyznać, że lekko obawiałam się tego, jak Hoover zrealizuje swój pomysł. Książka podzielona jest bowiem na kilka części, a każda z nich dotyczy innego 9 listopada. Nie ma tu opisów dni w roku, które bohaterowie spędzają oddzielnie i bałam się, że jeśli ich losy będą przestawione tylko fragmentami, nie będę potrafiła przez to zżyć się z nimi. Na szczęście było wręcz przeciwnie i zabieg ten niesamowicie mi się spodobał. Autorka niczego nie rozwlekała i pozbyła się zapychaczy co sprawiło, że cały czas byłam zainteresowana i nie potrafiłam odłożyć książki na półkę.

Jak to bywa z tą pisarką, nic nie jest tak proste jak się może wydawać.  Po opisie i pierwszych kilku stronach, osoba, która pierwszy raz ma styczność z Hoover, może spodziewać się cukierkowego romansu. Zaawansowany czytelnik jednak wie, że byłoby to zbyt piękne. Przez całą lekturę czekałam na moment, aż w końcu zostanie zrzucona na mnie emocjonalna bomba i oczywiście się doczekałam. Jak zwykle dowiadujemy się czegoś szokującego, co wpływa na losy naszych głównych bohaterów i sprawia, że jeszcze bardziej zanurzamy się w ich historię.


Właśnie, co z bohaterami. On to początkujący pisarz i gdy spotyka Fallon postanawia stworzyć romans z nimi w rolach głównych. Ona z kolej jest aktorką, która przez pewien wypadek utraciła wszelkie szanse na karierę. Rzadko się to zdarza, ale udało mi się polubić oboje. Zarówno Ben, jak i Fallon, zaskarbili sobie miejsce w moim sercu i od razu zaangażowałam się w ich historię, kibicując od pierwszej strony. Ben to ten typ bohatera, przystojny i opiekuńczy, który bezceremonialnie wpakowuje się na listy książkowych chłopaków. Co do Fallon miałam małe wątpliwości, lecz finalnie oceniałbym ją pozytywnie.

Zauważyłam, że Colleen Hoover, w swoich dziełach, często porusza "artystyczne" dziedziny. W Maybe someday była to muzyka, wokół której skupiała się cała akcja, a z tego co się orientowałam w Confess głównym motywem jest sztuka. Tutaj zaś skupiła się na pisarstwie i aktorstwie. Dodanie właśnie tych wątków, przynajmniej u mnie, sprawia, że historia jeszcze bardziej zapada mi w pamięć, ponieważ po porostu lubię takie połączenie. Romansu i pewnego rodzaju sztuki.

November 9 nie jest książką bez wad. Jako osoba, która ma za sobą mnóstwo książek tego typu, widzę wszystkie schematy jakie się w niej pojawiły i to, jak bardzo ta historia jest nierzeczywista. No bo błagam was, chyba nikt nie wierzy, że takie rzeczy dzieją się w prawdziwym życiu, no ale co ja tam wiem, mam tylko 18 lat. Może jutro wpadnę przez przypadek na miłość swojego życia i będę musiała edytować wpis. Jednak ta nierzeczywistość mi nie przeszkadzała, było to dokładnie to, czego się spodziewałam, więc moje wymagania zostały zaspokojone.

November 9 to opowieść, którą przede wszystkim poleciłabym fanom tej autorki. Jest w niej wszystko, za co uwielbiam książki Colleen, więc jeśli również darzycie sympatią tę autorkę, to koniecznie sięgnijcie po opowieść o Benie i Fallon.

★★★★★★★☆☆☆

piątek, 24 marca 2017

Szczygieł | Donna Tartt

Szczygieł | Donna Tartt

Rzadko zdarza mi się sytuacja, w której nie potrafię wyrazić tego co myślę. Nie ważne czy chodzi o opinie na temat książki czy dyskusję na zajęciach z polskiego. Teraz jednak siedzę z telefonem w ręku, bo właśnie tutaj w notatniku powstają moje opinie, i nie mam zielonego pojęcia co mogę napisać. Jestem pełna sprzecznych emocji i nie wiem jak je przekazać, więc może zacznę od samego początku.

Theo Decker to zwykły trzynastolatek, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwym czasie. W muzeum, do którego wybrał się ze swoją mamą - koneserką sztuki, następuje wybuch spowodowany atakiem terrorystycznym. Chłopiec w przypływie emocji zdejmuje ze ściany ulubiony obraz swojej rodzicielki i razem z nim, jako jeden z niewielu, opuszcza ruiny muzeum.

To, co napisałam wam o fabule tej powieści, jest tylko kroplą w morzu. W wielkim, ogromny, rozległym morzu. Theo jest chłopcem, który utracił najważniejszą osobę w swoim życiu, lecz zyskał tajemnice, która zaważy na jego przyszłości. Na tych 844 stronach obserwujemy jego dorastanie i towarzyszymy mu podczas jego wędrówki, począwszy od renomowanej dzielnicy Nowego Jorku po holenderskie hotele.

Jak można się domyśleć, głównym motywem w tej książce jest obraz. Tytułowy Szczygieł, który jest nie większy od standardowego podręcznika, przez cała powieść towarzyszy chłopcu i w wielu sytuacjach wpływa na jego decyzje - jest przecież zaginionym dziełem sztuki, o którym nikt nie może się dowiedzieć.


Najbardziej w tej książce spodobało mi się to, że jest tu ukazany okres dojrzewania Theo i to, jak tragedia wpłynęła na jego życie. Gdy go poznajemy, jest niewinnym trzynastolatkiem, którego największym zmartwieniem jest zawieszenie w prawach ucznia. Zamach wywraca jego życie o sto osiemdziesiąt stopni. Brak zainteresowania ze strony ojca i dziadków sprawia, że trafia on do rodziny przyjaciela i tam spędza pierwsze lata oswajając się z odejściem mamy. Dorasta bez autorytetów i mimo opieki, wie, że teraz jest zdany sam na siebie. Donna Tartt idealnie ukazała, jak bardzo w życiu człowieka potrzebna jest rodzina, a w szczególności rodzice, i co może się wydarzyć, gdy tych osób zabraknie.

Niezaprzeczalną zaletą tej historii jest postać Borisa, żywiołowego Rosjanina, którego Theo napotyka na swojej drodze. Jest on niesamowicie wyrazistym bohaterem i nie sposób o nim zapomnieć, a fakt, że często nawiązuje do naszego ojczystego kraju sprawia, że od razu trafił na  listę moich ulubieńców. Ze swoim podejściem do życia i podobną sytuacją rodziną szybko zaprzyjaźnia się z Theo. To, co wydaje się być zwykłym koleżeństwem, przeradza się w wieloletnią przyjaźń i w pewnym momencie chłopcy mają tylko siebie nawzajem. Razem próbują radzić sobie ze światem, czasem mniej, a czasem w bardziej udany sposób.

Wcześniej wspomniałam, że jestem pełna sprzecznych emocji w związku z tą lekturą i już tłumacze dlaczego. Szczygła czytałam bardzo długo, jak na moje typowe tempo czytania, i chodź nie potrafię wymienić żadnej złej cechy tej powieści, to skłamałabym, gdybym nie napisała, że w pewnym momencie byłam znudzona. Możliwe, że to przez długi okres poznawania tej historii, która jest naprawdę świetna, jednak tęskniłam do czegoś krótszego i nie mogłam skupić się na losach Theo tak bardzo jakbym chciała. Czytałam tę książkę kawałkami, gdy już ją zaczęłam to wciągała mnie i z zaciekawieniem przerzucałam kolejne strony, lecz samo zmotywowanie się do otworzenia jej sprawiało mi niekiedy trudność. Każdy jej pojedynczy element zachwycił mnie, lecz gdy łącze je w całość coś mi nie pasuje. Nie wiem czym to jest podyktowane, po prostu spodziewałam się czegoś innego.

Szczygła pozostawiam bez oceny, ponieważ żadna z nich mnie nie usatysfakcjonuje. Bardzo długo zastanawiałam się ile gwiazdek mogłabym mu przyznać i doszłam do wniosku, że jest to książka, której nie potrafię ocenić. Jedyne co możecie zrobić, to ją po prostu przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie.

środa, 22 marca 2017

Książki, które chcę przeczytać ponownie

Książki, które chcę przeczytać ponownie
Dzisiaj przychodzę do was z książkami, które chcę przeczytać ponownie. Gdy planowałam ten post nie sądziłam, że sprawi mi on tyle problemów. Zaczęłam się  przyglądać moim lekturom i doszłam do wniosku, że chciałabym się zabrać ponownie za większość z nich. Po intensywnym odrzucaniu kolejnych pozycji udało mi się wybrać 3 książki i jedną serię, za które zabiorę się najszybciej. 



Pierwsza z nich to Oddam ci słońce. Myślę, że nazwa mojego bloga mówi to sama za siebie. Kocham tę książkę. Kocham styl Jandy Nelson. Kocham bohaterów. Kocham historię. Kocham wydanie. Nie wiem tylko jakim cudem przeczytałam ją tylko raz. (W sumie wiem, za dużo nowości i zdecydowanie za mało czasu) Oddam ci książkę to opowieść za którą zabiorę się na pewno w tym roku, bo już od dawna mam na nią ochotę. Jeśli nie znacie losów Judy i Noah musicie to koniecznie nadrobić.


Kolejna, tym razem seria, to Szklany tron. Z utęsknieniem wyczekuję piątego tomu i mój ambitny plan zakłada odświeżenie poprzednich części jeszcze przed jego premierą. Książki te są dość grube, szczególnie trzeci i czwarty tom, jednak dla chcącego nic trudnego, czy jak to tam leciało, tym bardziej, że czyta się je niesamowicie szybko. Sarah J. Maas jest niezaprzeczalną królową fantastyki i to co stworzyła w tych książkach jest bliskie ideału. Już nie mogę się doczekać kiedy znajdę chwilę na ponowną lekturę tej serii.


Do wszystkich chłopców, których kochałam to również historia z którą na nowo chcę się zapoznać. Czytałam ją w oryginale i boje się, że coś mogło mi umknąć, chodź język nie był jakoś wybitnie skomplikowany. Uwielbiam to jak bardzo historia Lary Jean jest urocza. Jej rodzina to jedna z moich ulubionych rodzin książkowych i nie mogę się doczekać kiedy powrócę do pierwszego tomu i w końcu zabiorę się za drugi.


I już ostatnia książka, którą dzisiaj wybrałam, to Zakazane życzenie. Mimo, że czytałam ją niedawno to styl autorki i cała historia niesamowicie mi się spodobały i zaraz po przeczytaniu ostatniego zdania miałam ochotę zacząć ją ponownie, dlatego nie mogło zabraknąć jej na tej liście. Jeśli jesteście ciekawi mojej dłużej opinii na na temat Zakazanego to zostawiam wam link.

Nie wymieniałam tutaj takich oczywistości jak Harry Potter czy Igrzyska śmierci - do tych serii wracam dość często, szczególnie do Pottera, ponieważ nie ma roku, żebym nie przeczytała chociaż jednego tomu przygód mojego ulubionego czarodzieja. Dajcie koniecznie znać za jakie książki wy chcecie zabrać się ponownie. Może uda mi się poznać jakąś nową świetną powieść.:)

sobota, 18 marca 2017

Poznaj książkę: Kłopot z kobietami | Jacky Fleming

Poznaj książkę: Kłopot z kobietami | Jacky Fleming

Cześć, witajcie. Ostatnio, dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak, miałam okazję zapoznać się z pewną książką. Mowa tutaj o Kłopocie z kobietami od Jacky Fleming. Nie jest to do końca książka, powiedziałabym, że bardziej pasuje tutaj określenie powieść graficzna, bo właśnie w tym stylu jest ona skonstruowana. Ale o czym opowiada ten cały Kłopot z kobietami? Otóż, mamy tutaj przedstawioną, w humorystyczny i zapadający w głowie sposób, historię dyskryminacji płci pięknej na przestrzeni wieków. Po przeczytaniu tej opowieści, co zajęło mi jakąś godzinkę, stwierdziłam, że nie jest to pozycja o której można napisać opinię, więc wpadłam na pomysł, aby po prostu przy pomocy zdjęć przybliżyć wam z czym mamy do czynienia. Dlatego poniżej wrzucam wam kilka stron z tej książki. Mam nadzieję, że zachęcą one was do poznania całej lektury, a jeśli tak to mam kolejną niespodziankę. Na moim instagramie do 23 marca trwa rozdanie właśnie z Kłopotem z kobietami, więc jeśli jesteście zainteresowani to zapraszam. :)







piątek, 17 marca 2017

Unpopular opinions book tag

Unpopular opinions book tag

W blogosferze jest mnóstwo różnego rodzaju tagów. Lubię je czytać w wolnej chwili, chodź nie oszukujmy się, nie wnoszą one nic nowego do życia czytelników. Są przyjemnym przerywnikiem, który zawsze się przydaje. Jednak jest jeden tag, który według mnie jest świetny, bo przybliży wam trochę mój gust czytelniczy. Jak już pewnie wiecie mowa tu o unpopular opinions book tag do którego nominowała mnie Weronika (link do bloga) za co bardzo dziękuję. Bez dłuższych wstępów zapraszam do czytania.:)

1. Popularna książka lub seria, której nie lubisz.
Jest to Dotyk Julii. Wiele osób uwielbia tę trylogię za styl autorki i to jak przekazuje ona czytelnikowi emocje, jednak do mnie on kompletnie nie trafił. Fabuła była po prostu nudna, nic się nie działo, a sama Julia irytowała mnie od pierwszych stron. Co prawda przeczytałam tylko pierwszy tom, ale uwierzcie, że próbowałam przebrnąć przez drugi z nadzieją na jakiś rozwój. Jak widać nie udało mi się i nie sądzę, żebym kiedyś zrobiła do tych książek drugie podejście.

2. Popularna książka lub seria, którą wszyscy nienawidzą, ale ty kochasz.
Na pewno taką serią jest Delirium Lauren Oliver. Nie wiem dlaczego jest ona tak bardzo hejtowana, mnie się podobała. Była idealną lekturą na wakacje. Fakt faktem jest tam dużo stereotypów, których pełno jest w książkach młodzieżowych, ale tak czy siak nie powiedziałabym, że była zła.

3. Trójkąt miłosny, w którym główny bohater/bohaterka według ciebie wybrał złą osobę LUB para literacka, której nie lubisz.
Czy mogę tu napisać o serialu? Dalej jestem wzburzona wyborem Rory w Gilmorkach. Rory powinnaś być z Jessem i olać tych wszystkich Dean'ów i Loganów. Dziękuję, to tyle.

4. Popularny gatunek literacki, po który rzadko sięgasz.
Horrory, ale nie dlatego, że się boje (chodź się boje), ale dlatego, że kiedyś czytałam Carrie i bardzo mi się nie podobała. Zraziłam się przez tę książkę do gatunku jednak nie wykluczam, że kiedyś spróbuję jeszcze raz. Może po prostu trafiłam na nieodpowiednią pozycję.

5. Popularny bądź uwielbiany bohater, którego nie lubisz.
Przygotujcie się na wiadro hejtu, bo nagrodę za bycie najgorszym bohaterem ever otrzymuje Mare Barrow. Cholibka, jak ta dziewczyna mnie denerwowała. Była tak głupia i samolubna, że bardziej się chyba nie da. Nie bardzo rozumiem jak można podziwiać ją za odwagę, bo ciągle uciekała od odpowiedzialności i wysługiwała się każdym kto był w pobliżu. Lepiej skończę już temat Mare, bo za bardzo się zaczęłam denerwować, ale bardzo możliwe, że pojawi się o niej oddzielny post, gdy tylko uda mi się przeczytać trzeci tom tej okropnej trylogii.

6. Popularny autor, do którego nie jesteś przekonany.
U mnie takim autorem jest Rainbow Rowell. Czytałam od niej dwie książki i jedno opowiadanie w zbiorze Podaruj mi miłość. W przypadku Fangirl fabuła i pomysł na książkę mi się spodobał jednak wykonanie już nie. Styl tej autorki nie trafia do mnie i trochę się męczę przy jej książkach. Na pewno nie będę znowu próbować się do niej przekonać, bo trzy razy mi się już to nie udało i szkoda na to czasu.

7. Popularny wątek/motyw, którego masz dość.
O nie, jestem taka biedna i niedoceniania, nikt mnie nie zauważa, ale przecież uratuje cały świat przed zagładą co to dla mnie. Poradzę sobie sama i wszyscy będą mnie kochać. Sława, blask i diamenty.

8. Popularna seria, której nie chcesz czytać. 
Miałam tu mały problem z wyborem, bo jednak zazwyczaj sama chcę się przekonać czy coś jest dla mnie czy nie, aczkolwiek na instagramie ostatnio było dość głośno na temat Girl Online ze względu na premierę trzeciego tomu i stwierdziłam, że w sumie do tej trylogii wcale mnie nie ciągnie. Nie mówię nie, ale na pewno w najbliższym czasie nie chcę się za nią zabierać.

9. Mówi się, że "książka jest zawsze lepsza od filmu", ale który film lub serial podobał ci się bardziej niż książka. 
Jeśli chodzi o film to zdecydowanie Zostań, jeśli kochasz. Książka jest zwyczajnie słaba i nie przekazuje tyle emocji co ekranizacja. Natomiast co do serialu to oczywiście Pamiętniki Wampirów. To, jak tragiczne są te książki jest nie do opisania, jednak serial trzyma poziom (przynajmniej przez jakieś pierwsze 4 sezony).

Jeśli ktoś chcę zrobić ten tag u siebie niech czuje się nominowany. Sama nikogo nie wybiorę, ponieważ jako świeżynka w społeczności blogerskiej nie orientuje się w tym, kto już pisał tego rodzaju post a kto nie. I tutaj jeszcze moja mała prośba do was. Jeśli robiliście ten tag u siebie, lub znacie kogoś kto go robił to koniecznie mi podlinkujcie. Bardzo lubię czytać akurat tego rodzaju post i porównywać swój gust czytelniczy z innymi użytkownikami.
Uściski.

piątek, 10 marca 2017

Zakazane życzenie | Jessica Khoury

Zakazane życzenie | Jessica Khoury

Za pół roku kończę 19 lat i kocham bajki. Tak, dobrze przeczytałaś/eś. Kocham bajki i jak tylko jakaś emitowana jest w telewizji zgarniam pilot i pierwsza zajmuję miejsce na kanapie. Wołam rodzeństwo i każe im oglądać razem ze mną i mimo, że oni z pewnością woleliby coś z nowszego repertuaru, to męczę ich animacjami mojego dzieciństwa. Wszystkie opowieści o księżniczkach, które odnajdują swoich książąt, w magiczny sposób cofają mnie o kilka lat i znowu czuję się jak dziesięciolatka z zapałem śledząca poczynania ulubionych postaci. Uwielbiam produkcje Disney'a i obawiam się, że nigdy z nich nie wyrosnę.

Musicie domyślać się jak bardzo byłam szczęśliwa, gdy okazało się, że zaczęło powstawać coraz więcej książek opartych właśnie na baśniach. Moja ukochana Piękna i Bestia znalazła odzwierciedlenie w Dworze cierni i róż. Kopciuszek to z kolei Saga Księżycowa. Niedawno na polskim rynku wydawniczym pojawił się kolejny retelling znanej przez wszystkich baśni. Mowa tutaj o Zakazanym życzeniu, czyli opowieści, która na nowo przedstawia historię Aladyna. Zakazane życzenie nie skupia się jednak na męskiej postaci. Pierwsze skrzypce odgrywa tam potężny dżinn, który jak się okazuje jest kobietą. Zahra, bo tak nazywa się główna bohaterka, została uwięziona w lampie cztery tysiące lat temu i od tamtego momentu musi spełniać trzy życzenia każdego nowego właściciela. Na samym początku powieści lampa z Zahrą wpada w ręce Aladyna i tak rozpoczyna się ich wspólna historia, pełna przeszkód, niewdzięcznych dżinnów i jeszcze gorszych książąt.

Wydaje mi się, że każdy zna pierwowzór tej opowieści którym uraczył nas Disney. Tutaj jednak autorka wprowadziła kilka zmian, które sprawiły, że książka nie jest nudna i ciągle mnie zaskakiwała. Najbardziej istotna modyfikacja to oczywiście płeć dżinna. Zamiast roześmianego niebieskiego stwora mamy piękną, potężną Zahrę, która lubi nadużywać wyrażenia tysiąc i jeden dzień, tysiąc i jeden mężczyzna i wszystkiego co można połączyć z tysiąc i jeden. Generalnie dziewczyna ze względu na swój wiek czasem uracza czytelnika pięknym archaicznym zdaniem. Jednak to niczego jej nie ujmuje - jest świetną bohaterką z którą zżyłam się od pierwszej strony, ponieważ właśnie ona jest narratorką całej powieści. Również księżniczka nie jest tą spokojną i grzeczną Jasminą tylko zbuntowaną Kaspidą, która dąży do poprawy życia mieszkańców jej królestwa. Oczywiście nie mogło zabraknąć także Aladyna. Nie odstaje on od swojego bajkowego wcielenia - jest tym samym chytrym złodziejaszkiem. Do tego kobieciarz z niego jakich mało, ale mimo wszystko zaskarbił sobie miejsce w moim sercu, a gdy zwracał się do Zahry per Dymek rozczulałam się jak nigdy. No bo przyznajcie, czy Dymek nie brzmi słodko?

Pierwsze, co od razu rzuciło mi się w oczy po przeczytaniu kilku stron to styl pani Jessici Khoury. Jest on niesamowicie plastyczny i autorka niczym Zahra czarowała mnie przez całą książkę. Wszystkie opisy są szczegółowe i od razu przenosiły mnie na pustynię czy do pałacu, gdzie toczyła się akcja. Razem z Aladynem wypowiadałam życzenia i byłam świadkiem ich spełniania. Chyba właśnie najbardziej podobało mi się to jak pani Jessica przedstawiła moment tworzenia życzenia w głowie dżinna. Nawet nie potrafię wam tego wytłumaczyć, tak bardzo zostałam oczarowana sposobem, w jaki autorka bawi się słowem i ożywia każdy, nawet najmniejszy podmuch wiatru. Pani Jessica mogłaby pisać listy zakupów, a ja z chęcią bym je czytała. Rzadko spotykam się z tak dobrym piórem w powieściach dla młodzieży, więc tym bardziej jestem pozytywnie zaskoczona. 


W mojej opinii nie mogłam pominąć relacji Aladyna i Zahry. Myślę, że każdy jest świadomy romansu, który nawiązuje się między głównymi bohaterami. Jest to dość oczywiste, przecież nie bez powodu płeć dżinna została zmieniona. Na szczęście nie mamy tutaj, jak to lubi się zdarzać w książkach dla młodzieży, miłości od pierwszego wejrzenia. To, w jak delikatny i subtelny sposób cała ta relacja się rozwinęła, jest po prostu piękne. Nic nie działo się za szybko lub zbyt nachalnie. Uczucie kształtowało się powoli, rozkwitało niczym pąk róży. Bohaterowie stopniowo poznawali się nawzajem i zaczynało im na sobie zależeć. Para ta jest jedną z tych, którym kibicuje się od samego początku z zniecierpliwieniem czekając na pierwszą konfrontację, pocałunek i cieszyłam się jak dziecko, gdy w końcu to nastąpiło.

Opowieść została poprowadzona w interesujący sposób i nie pozwoliła nawet na chwilę nudy. Liczne zwroty akcji cały czas utrzymywały moje zainteresowanie i sprawiały, że nie mogłam odłożyć tej książki na półkę. Wciąż przyciągała mnie do niej niewidzialna ręka i głos w głowie, który krzyczał "czytaj Zakazane życzenie". No i czytałam. Wyłączyłam się z życia na dwa dni, ale za to poznałam świetną historię.

Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić w tej powieść to końcowe sceny, czyli walka między ludźmi a dżinnami. Nie zrozumcie mnie źle, sam spór mi nie przeszkadzał, ale został on dość płytko przedstawiony, szczególnie moment kiedy Aladyn znajduje "nową" armię. W tamtym momencie dość mocno odczułam wpływ typowych dystopii, gdzie rebelia jest głównym motywem. Wiem, że autorka jakoś musiała zakończyć książkę, ale nie zmienia to faktu, że w porównaniu z całą treścią, akurat to wypadło niezbyt dobrze. Może to kwestia tego, że mam za sobą mnóstwo książek z tym wątkiem i trochę mi się on "przejadł". Mniej doświadczony czytelnik na pewno tego nie odczuje i będzie z zafascynowaniem śledzić przebieg walk.

Zakazane życzenie to naprawdę dobra książka, pełna wyrazistych bohaterów, pięknych opisów, mnóstwa akcji i walki o najważniejszą wartość - miłość. Bardzo miło spędziłam czas podczas zapoznawania się z tą historią i z chęcią wrócę do niej w przyszłości. No bo przecież kocham bajki, a co może być lepszego dla książkoholika niż baśń w wersji papierowej.
★★★★★★★☆☆

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję:


środa, 8 marca 2017

Rewizja | Remigiusz Mróz

Rewizja | Remigiusz Mróz

Każdy z nas najprawdopodobniej ma takiego autora do którego wraca z każdą nową wydaną powieścią. Powoduje to między innymi sentyment, lub po prostu styl, który zadziwiająco przypadł do gustu. U mnie jednym z takich autorów jest Remigiusz Mróz. Swoją przygodę z Jego książkami zaczęłam od trylogii Parabellum, którą pokochałam całym sercem. Potem nastąpiło wyszukiwanie kolejnych tytułów i śledzenie najnowszych premier. Na ten moment pan Mróz wydaje więcej książek niż jestem w stanie przeczytać nie porzucając wszystkich swoich obowiązków, jednak co jakiś czas sięgam po kolejne jego dzieło i tym razem mój wybór padł na Rewizję.

Trzeci tom sagi prawniczej z Chyłką i Zordonem przedstawia kolejną sprawę z którą postanawia zmierzyć się pani mecenas. Tym razem przychodzi jej bronić Roma, którego żona i córka zostały zamordowane. Sprawa wydaje się oczywista, dyskryminacja rasowa i brak innych dowodów sprawiają, że wszystkie podejrzenia kierują się w stronę wdowca. Jednak jak to bywa w książkach Mroza podczas całego postępowania na światło dzienne wypływają coraz to nowsze fakty i wszystko zaczyna się komplikować.

Podstawowe pytanie na początek. Dlaczego przeczytałam dopiero teraz trzeci tom jak niebawem wychodzi piąty? Przecież uwielbiam tę serię i według mnie jest najlepszą, która ukazała się spod pióra pana Remigiusza. Chyba bałam się, że pochłonę te książki zbyt szybko i potem nie będę mogła wyjść z dołka czytelniczego do momentu wydania Inwigilacji. Moja metoda to dawkowanie Chyłki i Zordona. Tak jest bezpieczniej dla mojego zdrowia czytelniczego. Pierwsze kilka stron już wywołało na mojej twarzy uśmiech. Nie wiem czy też tak wam się zdarza, ale ja, kiedy sięgam po powieści swoich ulubionych autorów czuję się jakbym wracała po długiej i męczącej podróży do domu. Znajomy styl i humor od razu relaksują i zanurzam się w powieść od pierwszego rozdziału. W tym przypadku było identycznie. Cięty język Joanny i ciapowatość Kordiana sprawiły, że czas, który minął między lekturą Zaginięcia i Rewizji wyparował i miałam wrażenie, że nigdy nie opuszczałam ich losów.

Po wydarzeniach z Zaginięcia sytuacja w życiu Joanny dość mocno się skomplikowała i prawniczka jest na dobrej drodze do totalnego wyniszczenia. Nieznacznie denerwowało mnie jej uzależnienie i fakt, że ciągle było ono wyolbrzymiane. Po dziesiątym przypomnieniu kolejnej wizyty w Almie zaczęło mnie to męczyć, ale rozumiem zabieg autora. Najprawdopodobniej chciał on istotnie zaznaczyć stan w jakim jest Chyłka i że nie są to przelewki. Mimo tymczasowej niedyspozycji Joanna nie straciła swojego charakteru i dalej jest władczą kobietą, która nieraz zwalała mnie z nóg swoimi ripostami. Kordian z kolej jest mniej sierowaty niż w poprzednich dwóch tomach i nawet kupił sobie samochód. Uwierzylibyście w to? Co prawda nie jest to król szos, ale brawo Zordon brawo.


Zagadka w tej książce jest równie intrygująca jak te w poprzednich częściach. Dzięki temu, że sprawa toczy się wokół środowiska Romskiego poznajemy obyczaje i kulturę tej mniejszości. Wątek ten jest niesamowicie dopracowany, przynajmniej według mnie, ale ekspertem w tej dziedzinie nie jestem. Jednak czytając o koczowiskach w mojej głowie dość klarownie rysował się obraz romskiej dzielnicy. Nasz główny bohater Bukano na samym początku dostaję wiadomość o znalezieniu ciał jego żony i córki. Na jego szczęście lub nieszczęście napotyka na swojej drodze Chyłkę. Gdy tylko prawniczka dowiaduję się kto był ubezpieczycielem ofiar, podejmuje się nowej sprawy.

Rzeczą, która szalenie mi się spodobała było wplątanie w tę historię jednego z bohaterów z pierwszego tomu. Nie chcę pisać którego, ale jego zaangażowanie w nową historię dodało jej smaku i jestem bardzo ciekawa jak to wszystko potoczy się dalej w Immunitecie. Jestem pewna, że autor nie porzuci tego wątku, jest on zbyt poplątany i ekscytujący. Poza tym już w Rewizji są nawiązania do tego, jak cała sytuacja ma się rozwinąć i nie mogę się doczekać kiedy sprawdzę czy moje podejrzenia są zgodne z tym co zaplanował autor.

Pan Mróz słynie z tego, że lubi w końcowej części lektury zaszokować czytelnika. Tutaj nie było inaczej, znowu dowiadujemy się czegoś co sprawia, że nie możemy pozbierać się z podłogi. Wiem, że piszę niejasno, ale nie chcę wam tego zdradzać, stracilibyście sporą przyjemność z poznawania tej lektury. Uwierzcie mi jednak na słowo, że będziecie wstrząśnięci, chodź skłamałabym gdybym napisała, że nie rozważałam tego w pewnym momencie. Jednak potwierdzenie moich przypuszczeń tak czy siak wprawiło mnie w odrętwienie.

Rewizja to naprawdę dobra powieść. Widziałam sporo opinii, że odnotowuje się w niej spadek formy autora jednak ja tego nie zauważyłam. Według mnie dorównuje swoim poprzednikom pod każdym względem. Jedyne, czego mi brakowało to większej ilości konfrontacji Chyłki i Zordona. Uwielbiam ten duet i ich przepychanki i liczę na więcej sytuacji z nimi w kolejnych tomach. Muszę również przyznać, że moją ulubioną częścią na ten moment nadal pozostaje Zaginięcie, ale mam nadzieję, że Immunitet zrzuci je z piedestału i zachwyci mnie jeszcze bardziej. 
★★★★★★★☆☆☆

niedziela, 5 marca 2017

Rok 1984 | George Orwell

Rok 1984 | George Orwell

Po Rok 1984 Georga Orwella sięgnęłam z trzech powodów. Po pierwsze, nigdy nie spotkałam się z negatywną opinią na temat tej książki. Każdy na bookstagramie i booktubie zachwalał ją i polecał. Po drugiej znajduje się ona na liście Wyzwania czytelniczego Rory Gilmore, w którym, jak wiecie albo i nie, biorę udział. Trzecim czynnikiem, który przechylił szalę z Rokiem 1984 w moją stronę jest fakt, że był on lekturą szkolną, a ja jako przykładny uczeń lektury czytam, lub chodź staram się.

W powieści tej poznajemy Winstona, przykładnego członka partii, który nie wyróżnia się niczym niezwykłym. Ma swoją rutynę, stabilną, monotonną pracę i jest względnie zadowolony z życia. Nadchodzi jednak taki moment, kiedy w całym ustroju Oceanii, czyli jednym z trzech mocarstw w tej powieści, coś zaczyna mu nie pasować. Fakty nie łączą się logiczną całość co wywołuje sprzeczne emocje u bohatera i zaczyna on szukać odpowiedzi na nurtujące go pytania.

Nawet nie wiecie, jak bardzo cieszę się, że zabrałam się za tę książkę. Generalnie lektury w liceum w większości przypadków są świetne, ale Rok 1984 przebił wszystkie, które czytałam do tej pory.

W wyżej wspomnianej Oceanii panują rządy partii, wielbiącej Wielkiego Brata. Wielki Brat jest wszędzie, widzi wszystko, kontruluje myśli, słowa, czyny. Nie można od niego uciec, jest niczym Bóg - wszechobecna siła nadzorująca życie mieszkańców. Jedzenie jest wydawane na kartki, a teleekranów, czyli formy telewizorów, nie można nigdy wyłączyć. Monitorują one cały czas działania obywateli. Za wszystko można być skazanym, a największą zbrodnią jest myślozbrodnia. Również ministerstwa tego państwa są jednym wielkim paradoksem: Ministerstwo Prawdy zajmuje się zmienianiem faktów, tak aby były zgodne z ideologią partii, Ministerstwo Pokoju prowadzi działania wojenne, Ministerstwo Miłości zapobiega jakimkolwiek uczuciom, a Ministerstwo Obfitości odpowiada za racjonowanie przydziałów jedzenia. Świat ten wydaje się być przerażający, lecz ludzie tego nie widzą i ślepo wierzą w każdy komunikat Wielkiego Brata. Wszelkie odstępstwo lub własne zdanie jest niesamowicie niebezpieczne, ponieważ Policja Myśli cały czas pracuje, wyłapując buntowników, aby ich unicestwić. Dochodzi do tego, że nawet myśli obywateli są zniewolone. Nie mają oni prawa do własnego zdania oraz przyjemności, a miłością mogą obdarzyć tylko Wielkiego Brata. 

Gdy zaczęłam zagłębiać się w świat wykreowany przez George'a Orwella byłam coraz bardziej zdziwiona tym, co ten autor potrafił stworzyć. Wymyślił wizję przyszłości, w której nic nie jest pewne, a ludzie przedstawieni są jako bezduszne kreatury, niezdolne do odczuwania jakichkolwiek emocji i uczuć. Zwykłe pisanie pamiętnika okazuje się być przestępstwem, które może skończyć się utratą życia. System jednak nie poprzestaje na morderstwie - osobę skażoną trzeba całkowicie unicestwić i zniszczyć wszystkie dowody na to, że kiedykolwiek istniała. Tym właśnie zajmuje się Winston, który pracuje w Ministerstwie Prawdy. Często zdaje się mu zmienić tekst przemowy Wielkiego Brata, czy treści artykułu w którym występuje nazwisko osoby unicestwionej. Nie zadaje on zbyt dużo pytań, po prostu wykonuje swoją pracę jak każdy przykłady członek partii. Bierze udział w dwóch minutach nienawiści, potępia rewolucję i cieszy się z dobroci jaką obdarzają państwo przywódcy, aż do momentu pewnej niezgodności, którą udaje się mu wyłapać. Zaczyna zauważać coraz więcej, aż dopuszcza się pierwszej zdrady: postanawia prowadzić pamiętnik. Winston jest świadomy, że moment zapisania pierwszego słowa jest równoznaczny z wydaniem wyroku śmierci, mimo to, decyduje się na to.


Nie chcę wam tu za dużo pisać o fabule, bo jednak każdy powinien sam móc ją odkryć. Rok 1984 to przede wszystkim świetny obraz przyszłości, która miała już miejsce i która może się powtórzyć. Przecież wszystkie te zniewolenia działy się zarówno w niemieckich jak i rosyjskich obozach pracy, tyle że tam ludzie byli świadomi swojej sytuacji w przeciwieństwie do bohaterów powieści Orwella. Książka ta rewelacyjnie ukazuje próby buntu uciśnionego człowieka, który mimo, że nie zgadza się z panującym systemem, to wciąż nie potrafi znaleźć w sobie siły, aby się mu przeciwstawić. Mamy tutaj również drogę do totalnego wyniszczenia i złamania człowieka, który w momencie największego bólu i upokorzenia gotów jest zmienić wszystkie swoje przeświadczenia poczynając od powszechnej prawdy jaką jest działanie dwa plus dwa. Dwa plus dwa może równać się pięć jeśli tylko tego zażyczy sobie partia. 

Najbardziej przerażają w tym wszystkim jest to, że świat dąży właśnie do takiego zniewolenia. Już teraz większość ludzi nie wyobraża sobie dnia bez sprawdzenia Facebook'a, Instagram'a czy Snapchat'a. Do wszystkiego używamy internetu nie będąc nawet świadomym, jak bardzo się przez to odkrywamy. Wysyłamy swoje zdjęcia przez różne komunikatory, zakładamy blogi i tworzymy swój kącik w miejscu, gdzie każdy może to zobaczyć. Czy nie przypomina to ciągłej obserwacji, jak to było w Roku 1984? Ja widzę sporo powiązań.

Niezaprzeczalną zaletą tej powieści jest to, że czyta się ją niczym najlepszą młodzieżówkę, no może z wyjątkiem księgi Goldsteina, przez którą jednak warto przebrnąć, bo tłumaczy wiele zagadnień poruszanych w książce. Mimo licznych opisów, nie byłam ani trochę znudzona, przeciwnie, chłonęłam niczym gąbka wszystkie zawiłości tego świata próbując go poznać i jak najlepiej zrozumieć. Zafascynował mnie system i to jak ludzie są mu ślepo podporządkowani i dzięki każdej nowej informacji, coraz lepiej budowałam rekonstrukcję Oceanii w swojej głowie. 

Bardzo cenie książkę, jeśli wzbudza we mnie jakieś refleksje. Lubię czytać niewymagającą literaturę, po to aby się po prostu zrelaksować i odpocząć - czytanie jest dla mnie przede wszystkim przyjemnością. Jednak czasami mam ochotę zabrać się za coś, co zostawi mi w głowie mnóstwo pytań, nad którymi będę mogła trochę się zastanowić i cholernie cieszę się, że Rok 1984 był taką lekturą. Spełnił wszystkie moje oczekiwania, a uwierzcie, że były one ogromne. To jak bardzo ta książka była polecana na samym stracie postawiło jej wysoką poprzeczkę, którą na szczęście udało się jej przeskoczyć. Jedyne czego żałuję to fakt, że zabrałam się za nią dopiero teraz, chodź może to i dobrze - jestem starsza i więcej mogłam z niej wynieść. Rok 1984 to genialna powieść i każdy, dosłownie każdy powinien się z nią zapoznać.

★★★★★★★★★☆

sobota, 4 marca 2017

Co czytałam w lutym 2017

Co czytałam w lutym 2017

Kiedy to się stało, że piszę już drugie podsumowanie miesiąca? Luty przeleciał mi jak przez palce i nie mam pojęcia jakim cudem to się stało. Do matury zostały raptem dwa miesiące, w szkole nie wyrabiam się na zakrętach, ale jakoś znalazłam czas na przeczytanie kilku książek. Nie były to szalenie obszerne lektury, ten miesiąc płyną pod patronatem krótkich książek. Książek w większość "poważniejszych" z czego bardzo się cieszę. 4 z nich to również pozycję z Wyzwania czytelniczego Rory Gilmore, w którym zdecydowałam się wziąć udział i jak widać nie idzie mi to tak źle. 

Pierwszą, za jaką zabrałam się w tym najkrótszym miesiącu w roku, był Zagubiony heros. Nie będę się tutaj o nim rozpisywać, bo jest na blogu osoby post o nim (link). Pierwsza część kolejnej serii Riordana spodobała mi się i niedługo będę chciała zabrać się za kolejny tom.


Hamlet to książka wybierana pod Wyzwanie czytelnicze Rory o którym jest już oddzielny post (link). W nim piszę troszkę więcej o tym dramacie, więc jeśli jesteście ciekawi to zapraszam do przeczytania.

Następnie przyszła pora na lekturę do szkoły i w tym miesiącu był to Inny Świat. Książka o łagrach, która mimo swojej tematyki bardzo mi się spodobała. W ostatnim podsumowaniu (link) wspominałam, że lubię tematykę związaną z obozami, dlatego ta powieść pozwoliła mi dowiedzieć się nowych rzeczy o tamtej rzeczywistości.


Myszy i ludzie, Jądro ciemności i Love story to kolejne książki z Wyzwania i o nich również więcej w wyżej wymienionym poście. Nie chce powielać swoich opinii w kilku miejscach, dlatego jeśli macie ochotę zajrzyjcie post wcześniej. :)


W tym miesiącu również przeczytałam Losing hope, o której nawet pisałam tutaj trochę więcej. Ciekawskim zostawiam link do moich przemyśleń.

I ostatnią, ósmą książką, a właściwie tomikiem poezji, jest Mleko i miód. Wiersze, które opanowały internet, pisane przez młodziutką dziewczynę, były przeze mnie najbardziej wyczekiwaną pozycją od kilku miesięcy. Ogromnie się cieszę, że wydawnictwo otwarte postanowiło przełożyć je na język polski i chodź tłumaczenie nie dorównuje oryginałowi, to i tak była to przyjemna lektura.

Jak widzicie luty nie wypadł wcale tak źle. Mam nadzieję, że moje tempo czytania utrzyma się w kolejnych miesiącach, ale patrzą na to, ile już teraz mam do roboty to nie chcę sobie nawet wyobrażać co to będzie w kwietniu. Mam nadzieję, że wasz miesiąc był udany i jesteście zadowoleni ze swoich wyników.:)

środa, 1 marca 2017

Wyzwanie czytelnicze Rory Gilmore #1

Wyzwanie czytelnicze Rory Gilmore #1
W ostatnim czasie Gilmore Girls zawładnęły moim życiem, więc stwierdziłam, że fajnie będzie wziąć udział w Wyznaniu czytelniczym Rory Gilmore za które odpowiedzialna jest Alicja (link do bloga). Ale o co chodzi w tym wyzwaniu? W wielkim skrócie: czytamy książki, które czytała Rory w serialu. Co jakiś czas będę dzielić się tutaj z wami moimi postępami.
Na początku tylko wymienię te książki, które czytałam przed rozpoczęciem wyzwania, a potem przejdziemy do tych wybieranych już pod nie. A więc:
1. Carrie - Stephen King
2. Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón
3. Alicja w krainie czarów - Lewis Carroll
4. Charlie - Stephen Chbosky
5. Harry Potter i czara ognia - J. K. Rowling
6. Harry Potter i kamień filozoficzny - J. K. Rowling
7. Dziewczynka z zapałkami - Hans Christian Andersen
8. Królewna Śnieżka - bracia Grimm
9. Makbet - William Shakespeare
10. Mistrz i Małgorzata - Michaił Bułhakow
11. Pinokio - Carlo Collodi
12. Śnieżka i Różyczka - bracia Grimm
13. Roszpunka - bracia Grimm
14. Romeo i Julia - William Shakespeare
15. Zabić drozda - Harper Lee
16. Zbrodnia i kara - Fiodor Dostojewski
17. Złotowłosa i trzy niedźwiadki 


Pierwszą książką, którą przeczytałam do tego wyzwania, był Hamlet Williama Shakespeare'a. Od dawna chciałam przeczytać ten dramat i akurat nadarzyła się ku temu okazja. Akcja zaczyna się od objawienia ducha ostatniego króla, czyli ojca Hamleta, który mówi mu, że jego śmierć to nie był wypadek, tylko morderstwo. Młody Hamlet nie może się z tym pogodzić i dąży do ujawnienia prawdy. Czytając ten dramat miałam wrażenie, że Hamlet jest jednym z pierwszych ironicznych bohaterów, jaki pojawił się w literaturze. Możliwe, że nad interpretuję, ale naprawdę często czułam płynący z jego słów sarkazm. Mimo, że jest to klasyk, to bardzo mi się podobał i według mnie był lepszy od Makbeta, którego omawiałam w szkole.


Myszy i ludzie to powieść, którą poleca bardzo dużo osób. Opowiada historię Lenniego i Georga - dwóch przyjaciół, którzy razem zatrudniają się do pracy. Lennie, niesamowicie silny mężczyzna, ma mentalność małego dziecka i cały czas pakuje siebie i swojego towarzysza w tarapaty. Książka ta, mimo swojej niewielkiej objętości jest niesamowicie poruszająca. Pokazuję jak wygląda prawdziwa przyjaźń, a zakończenie sprawia, że w oku kręci się łezka. Jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z twórczością Steinbecka to polecam wam to z całego serca, na pewno się nie zawiedziecie.


Jądro ciemności omawiałam kiedyś w szkole jako lekturę i wtedy nie dałam rady jego przeczytać. Tym razem nie było wcale łatwiej, ale stwierdziłam, że te 70 stron nie pokona mnie i przebrnęłam przez opowieść Marlowa. Najprawdopodobniej na mój odbiór tej książki wpływa również fakt, że czytałam ją w wydaniu z Grega, którego nie cierpię. Nie bardzo nawet wiem co wam o niej napisać. Uważana jest za świetną, pełną przesłań opowieść, ale mi po prostu nie podeszła. Na szczęście każdy z nas jest inny i nie wszystko musi się każdemu podobać, prawda?



Kolejny mój wybór padł na Love story Ericha Segala. Spodziewałam się czegoś prostego i szybkiego i to otrzymałam. Historia ta nie była niczym odkrywczym, bardzo przypominała mi Jesienną miłość Sparksa, chodź chyba powinnam napisać, że to powieść Nicolasa przypomina mi Love story, bo z tego co się zorientowałam to ta druga wyszła wcześniej. Nie do końca też wiem, dlaczego jest ona okrzyknięta największym bestsellerem o miłości. Według mnie na ten tytuł nie zasługuje i wiele rzeczy można byłoby w niej zmienić.


Na dzisiaj to tyle, wydaje mi się, że w tych postach będę pokazywać wam po 3-4 książki, zobaczymy jakie będzie moje tempo realizowania wyzwania. A wy bierzecie w nim udział i próbujecie odtworzyć listę czytelniczą Rory? :)
Copyright © 2016 oddam ci książkę , Blogger