środa, 26 kwietnia 2017

Imperium burz | Sarah J. Maas | Premierowo

Imperium burz | Sarah J. Maas | Premierowo


Naprawdę sądziłam, że Sarah J. Maas niczym mnie już nie zaskoczy. Odkąd przeczytałam Szklany tron, byłam w pełni świadoma wspaniałości tej autorki, ale uważałam, że w tych czterech książkach odkryła już przede mną swoje możliwości i że w kolejnej powieści będzie po prostu trzymać poziom tych poprzednich. Marne to były nadzieje, bo pani Maas w Imperium burz pokazała, że to dopiero początek, a jej wyobraźnia nie ma granic. 


Celaena, a właściwie Aelin Galathynius, nareszcie może sięgnąć po swoja koronę, ale nic nie jest tak proste, jak mogłoby się jej wydawać. Nie wszyscy bowiem pałają miłością do Ognistej Królowej i na drodze do objęcia władzy w ukochanym Terrasenie pojawia się mnóstwo przeszkód, z którymi musi zmierzyć się młoda królowa. Dodatkowo mroczny pan Valgów z dnia na dzień rośnie w siłę i chce odebrać własność Aelin. Dziewczyna musi znaleźć sojuszników, ale kto zdobędzie się na odwagę, aby odpowiedzieć na jej wezwanie?

Jeśli jesteście tu już od jakiegoś czasu to pewnie wiecie, jak ogromną miłością darzę serię Szklany tron, dlatego na Imperium burz wyczekiwałam z coraz bardziej usychającym sercem. Gdy w końcu otworzyłam przesyłkę z nim, cieszyłam się i płakałam na zmianę od razu zabierając się za kontynuowanie przygody z losami mojej ulubionej zabójczyni. Jednak z każdą stroną moje tempo czytelnicze robiło się coraz wolniejsze. Odkładałam tę książkę jak często mogłam i zajmowałam się czymś innym tylko po to, aby jej nie czytać. Spytacie, "dlaczego?". Dlatego, że byłam przerażona tym, co zrobię, gdy przeczytam ostatnie zdanie i będę musiała czekać kolejny rok, jak nie więcej, na szóstą część tej fenomenalnej serii. Moje obawy były jak najbardziej uzasadnione i teraz po skończeniu Imperium burz pozostaje mi tylko zanurzyć się w rozpaczy i śnie zimowym, aż do premiery  następnej części.

Sarah J. Maas postanowiła, że w tym tomie nie będzie mnie oszczędzać od samego początku. Osoby, które mogły mieć problem z "wgryzieniem" się w poprzednie książki tej serii, tutaj mogą o nim zapomnieć. Akcja pędzi od pierwszych stron i nie ma czasu na żadne zbędne wprowadzenia. Od razu przedstawione są nowe intrygi, które są prowadzone praktycznie przez wszystkich bohaterów Imperium. Po przeczytaniu pierwszych stu stron, byłam w ogromnym szoku, jakim cudem tyle mogło się dziać, na tak niewielkiej ilości papieru. Co chwila zaginałam tylko brzeg kartki, aby potem kolorowymi karteczkami móc zaznaczyć moje ulubione, a także te istotniejsze, fragmenty. 

Jeśli czytaliście którąkolwiek książkę Maas z serii Szklany tron to wiecie, że każda z nich prowadzona jest z perspektywy kilku bohaterów. Również w Imperium tak było, jednak do narracji Aelin i Manon został dodany punkt obserwacji osoby, która wcześniej nie miała szansy dostąpić tego zaszczytu. Mówię tutaj o Elide Lochan, niepozornej dziewczynie, która na koniec Królowej cieni otrzymała pewne bardzo ważne zadanie do wykonania. Oczywiście losy tych trzech pań w różnych momentach książki się ze sobą pokrywają, więc to "skakanie" z postaci na postać nie jest w żadnym wypadku uciążliwe, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej rozbudza ciekawość i nie pozwala się oderwać od historii.


Tak jak wspominałam Imperium burz jest pełne intryg. Każde, nawet najmniej istotne zdanie, wypowiedziane przez któregoś z bohaterów może być tym, które później sprawi, że opadnie wam szczęka. Co do szczęki. Opadała mi regularnie co kilkadziesiąt stron i nie wiem jakim cudem jeszcze trzyma się na swoim miejscu. Nie potrafię nawet zliczyć ile w tej powieści jest nawiązań, zwrotów akcji i przede wszystkim odpowiedzi. Wiele spraw, które w moim mniemaniu były już dawno rozwikłane, przybrało zupełnie inny wydźwięk, którego w życiu by się nie spodziewała. Wiem, że z tego co piszę wychodzi trochę masło maślane, ale nie chcę zdradzać wam tych sekretów. Są tak zaskakujące, że odebranie wam przyjemności ich poznawania, nie dałoby mi spokoju do końca życia i jeszcze jednej dzień dłużej.

Imperium burz to książka, która wyjaśnia bardzo wiele. Może pamiętacie moją opinię na temat Zabójczyni. Pisałam w niej, że poznanie tych nowelek nie jest konieczne. Jak ogromnie się wtedy myliłam! W piątym tomie serii właśnie nowelki otrzymują nowe życie. Bohaterowie, którzy się w nich pojawili, odgrywają istotną rolę w nowych planach Aelin. Właśnie dzięki temu połączeniu moje zdanie o serii Szklany tron jest jeszcze lepsze, ponieważ okazało się, że nawet dodatek był przemyślany i od samego początku miał mieć większe znaczenie. Sarah J. Maas ponownie zaskoczyła mnie tym, jak bardzo szczegółowo musiała wszystko mieć ułożone w głowie i boję się tego, co mnie czeka w kolejnych tomach.

A teraz czas na coś, co najbardziej złamało mi serce. Coś, co sprawiło, że zaczęłam patrzeć się pustym wzrokiem w książkę i przeklinać autorkę. Coś, co jest według mnie mało śmiesznym żartem zaserwowanym przez Maas. Pamiętacie pana Mroza, który jest okrzyknięty mistrzem druzgocących zakończeń? Jego zakończenia są niczym, w porównaniu z tym, co w Imperium burz zrobiła Sarah. Tak się nie robi. Tak się po prostu nie robi i mam ochotę ją za to udusić. Spodziewałam się dosłownie wszystkiego, ale nie tego. Mam szczerą nadzieję, że wydawnictwo kiedyś zaprosi tę autorkę do naszego pięknego kraju i będę mogła wtedy zapytać ją, czy w głębi duszy nie jest jakąś ukrytą sadystką i dlaczego mi to zrobiła. Tak jak wspominałam wcześniej, pozostaje mi zapaść w sen zimowy lub znaleźć środek na szybsze płynięcie czasu, bo potrzebuję szóstego tomu w tym momencie.

Gdybym miała porównać Szklany tron do czegoś, to byłaby to góra lodowa. Pierwszy tom to tylko jej czubek i dopiero w kolejnych odkrywamy jak wiele znajduje się pod powierzchnią i uświadamiamy sobie, że to co wydawało się być na początku tak proste, przeistacza się w skomplikowaną konstrukcję, pełną zwrotów akcji i tajemnic. Imperium burz oficjalnie staje się moją ulubioną częścią cyklu, a całą serię będę polecać wszystkim ze zdwojoną mocą.
★★★★★
Za możliwość przedpremierowego przeczytania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Uroboros.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Targi książki w Białymstoku 2017

Targi książki w Białymstoku 2017

Targi książki w Białymstoku to wydarzenie, na którym wiedziałam, że muszę się pojawić. W mojej okolicy, czyli Podlasiu, za dużo się nie dzieję, dlatego z utęsknieniem wyczekiwałam kwietnia i możliwości chodzenia cały dzień wśród książek. Mimo, że miałam czas być tam tylko jednego dnia, to spędziłam go świetnie i nawet udało mi się poznać kochaną osóbkę z bookstagram'a.

Idąc na targi mniej więcej wiedziałam w co chcę się zaopatrzyć. Najbardziej zależało mi na książce 13 powodów, aby móc ją przeczytać i w końcu sprawdzić o co chodzi z wychwalany przez wszystkich serialem. Na szczęście Dom wydawniczy Rebis na targach był i mogłam kupić tę książkę w zaskakującej, jak na targi, cenie.

Właśnie, warto wspomnieć o cenach, bo wydaje mi się, że na tego typu imprezach powinny być one atrakcyjne, a niestety nie były. Wiem, że to pewnie kwestia podejścia i dla osób, które na codzień kupują książki w Empiku rabat -20% był ogromną zniżką jednak ja, jako osoba rozeznana we wszystkich możliwych księgarniach internetowych, byłam niezadowolona z wysokości rabatów, jakie oferowały wydawnictwa. 

Oczywiście nie wrzucam wszystkich do jednego worka, bo na niektórych stoiskach pojawiły się naprawdę ciekawe promocje. Pierwsze miejsce w tej kategorii niezaprzeczalnie zajmuje wydawnictwo Znak, gdzie mieli sporo nowości po około 15 złotych, ale jak wszyscy wiemy, Znak słynie ze świetnych internetowych promocji, więc nie było to dla mnie dużym zaskoczeniem. Brawa należą się także dla wydawnictwa Sine Qua Non, gdzie można było nabyć trzy książki w cenie dwóch, co wydaje mi się być uczciwą ofertą, szczególnie gdy książka kosztuje 30 złotych, a nie okładkowe 40. Przy takie promocji cena za jeden egzemplarz wynosi tylko 20 złotych. Przy niektórych stoiskach pojawiły się również tak zwane kosze z tanimi książkami, w których niestety nie udało mi się upolować żadnej pozycji, ale widziałam, że cieszyły się one sporym zainteresowaniem zwiedzających.


Jeśli chodzi o wystawców to najbardziej jestem zadowolona z obecności the bookshop'u. Ogromnie chciałam sobie kupić jakąś nową książkę po angielsku, a szczerze mówiąc nie uśmiecha mi się czekanie miesiąca na przesyłkę z bookdepository, dlatego to stoisko było moim pierwszym przystankiem. Planowałam kupić Oddam ci słońce, które nawet było, ale początkowo go nie wzięłam i poszłam dalej, co było ogromnym błędem, bo gdy już wróciłam, to niestety nie czekało na mnie na półce. Jednak zdecydowałam się na książkę A Quiet Kind of Thunder, o której nie wiem za dużo, ale cztery zdania, które znalazły się na jej okładce, zachęciły mnie do zapoznania się z nią w stu procentach.

Tak jak wspominałam wyżej, moje półki zasiliło również 13 powodów, do którego dostałam nawet ogromny plakat serialowy, więc super, że wydawnictwo dorzucało taki gadżet. Targi opuściłam z jeszcze jedną książką i już spieszę, aby wam ją przedstawić. Jest to Miłość to piekielny pies od Bukowskiego. O tej książce, a w zasadzie tomiku poezji, nie wiedziałam praktycznie nic oprócz tego, że ostatnio czytała ją Wiktoria z bookstagrama @whiteboooks i bardzo jej się spodobała, a że ostatnio mam ochotę na poezję to stwierdziłam, czemu nie. I tym sposobem Bukowski jest u mnie i po przeczytaniu dwóch wierszy, już wiem, że był to zdecydowanie udany zakup.

Targi muszę zaliczyć do udanego przedsięwzięcia. Klimat i możliwość spędzenia czasu wśród miłośników książek wynagradza nawet słabe promocje. Jeśli chcecie wiedzieć coś więcej o tych targach, to śmiało możecie pytać w komentarzach, bo na ten moment wydaje mi się, że napisałam wszystko, co chciałam zawrzeć w tym poście. Wrzucam wam jeszcze kilka zdjęć, żebyście mogli zobaczyć jak to wyglądało u mnie i mam nadzieję, że uda się nam zobaczyć na targach w Warszawie.:)







środa, 19 kwietnia 2017

Głębia Challengera | Neal Shusterman

Głębia Challengera | Neal Shusterman

Są takie książki, po których lekturze trudno jest mi cokolwiek napisać. Wzbudzają zbyt wiele emocji, przemyśleń i boję się, że przekazując swoją opinię na ich temat nie zrobię tego dobrze i nie uchwycę całego sensu danej powieści. Właśnie taką książką jest Głębia Challengera, jednak jej wyjątkowość sprawia, że po prostu muszę wziąć się w garść i spróbować zebrać myśli.

Caden Bosch żyje w dwóch światach. Jest piętnastolatkiem, który zaczyna widzieć więcej, co sprawia, że przenosi się na statek płynący ku tytułowej Głębi Challengera. Im dłużej trwa rejs, tym większe zmiany zachodzą w prawdziwym życiu chłopca, jednak nikt nie potrafi określić, co się z nim dzieje. Nawet sam Caden nie ma pojęcia dokąd zmierza zarówno jego życie, jak i okręt.

Nie potrafię przedstawić wam w odpowiedni sposób fabuły, bo mam wrażenie, że wszystko co bym o niej napisała, mogłoby zdradzić jakiś jej istotny element. Dlatego musicie zadowolić się tą namiastką opisu i zaufać mi w tym, co dalej napiszę.

Zapoznając się z tą książką nie wiedziałam co o niej myśleć. Z jednej strony pragnęłam czytać ją bez przerwy i dalej zagłębiać się w historię Cadena, z drugiej jednak nie potrafiłam tego zrobić. Nie jest to lektura do przeczytania na raz. Zbyt dużo w niej emocji, które aż krzyczały do mnie, i które sprawiały, że musiałam ją co jakiś czas odłożyć i głęboko odetchnąć. Bardzo głęboko odetchnąć. Dawno nie spotkałam się z książką, która wzbudziłaby we mnie tyle przemyśleń. Mnogość symboli i wszystkich aluzji w niej zawartych co jakiś czas zaczynała mnie przytłaczać i mój mózg domagał się przerwy. Do tego wszystkiego dochodzi świadomość, że nie jest to fikcja literacka i autor tworząc tę powieść wzorował się na przeżyciach syna. Dla mnie było to zdecydowanie za dużo jak na raz.


Bardzo chciałabym żeby ta opinia była uporządkowana i spójna. Żebym mogła przedstawić w niej bohaterów, wykreowany świat, przebieg fabuły a na koniec wszystko pięknie podsumować w zwięzłym zakończeniu. Jednak Głębia Challangera jest książką, która nie zasługuje na płaską i jednowymiarową opinię. Zasługuje na coś więcej. Coś, co od razu zachęci wszystkich do przeczytanie jej i jestem ogromnie na siebie zła, że nie potrafię czegoś takiego stworzyć. Wszystko co napiszę nie będzie oddawało wspaniałości tej książki i tego, jak świetnie jest ona skonstruowana. 

Dwa światy, w których żyje Caden, w pewnym momencie łączą się w jeden i nagle wszystko nabiera innego znaczenia. Każda postać staje się dwuwarstwowa - jest pasażerem statku oraz bohaterem tego drugiego, wydaje się, że prawdziwego świata. To, jak wszystko w drugiej połowie powieści zaczyna ze sobą współgrać jest po prostu niesamowite i gdy już załapałam system łączenia postaci, nie mogłam powstrzymać się od obstawiania, kto kim jest. Nawet niewielka cecha stawała się znacząca i przyznam się, że do końca nie mogłam zgadnąć kto jest tym dobrym duchem: Kapitan czy Papuga.

Głębia Challenger jest książką ukazującą zmagania z chorobą psychiczną od strony osoby, która jest nią dotknięta. Z każdym kolejnym rozdziałem widziałam, jak Caden coraz bardziej pogrąża się w swoich myślach i lękach. Swoją drogą właśnie układ rozdziałów jest dużą zaletą tej historii. Są one bowiem króciutkie i im dalej w las, stają się pomieszaniem dwóch rzeczywistości, gdzie trudno jest odgadnąć co dzieje się naprawdę, a co tylko w głowie głównego bohatera. Zabieg ten na dłuższą metę był dezorientujący, ale nie wyobrażam sobie, żeby miało to zostać ukazane w inny sposób. To pomieszanie z poplątaniem oddawało charakter zmagań Cadena i mogłam w stu procentach utożsamić się z jego przeżyciami.

Głębia Challengera jest genialna i właśnie to stwierdzenie powinno pojawiać się w głowie każdego, kto spojrzy na tę okładkę, bądź zetknie się gdzieś z tym tytułem. Ukazuje prawdziwą historię, która może przydarzyć się każdej rodzinie. Na pewno zapamiętacie ją na dłużej i zostanie jedną z tych lektur, którą będziecie polecać każdemu, dlatego proszę, przeczytajcie ją. Przeczytajcie ją i pozwólcie sobie poznać tę fenomenalną opowieść.
★★★★★★★★★☆
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję wydawnictwu YA!

Tłumaczenie: Rafał Lisowski
Wydawnictwo: wydawnictwo YA!
Ilość stron: 356

sobota, 15 kwietnia 2017

Korona w mroku | Sarah J. Maas

Korona w mroku | Sarah J. Maas

Panuje przekonanie, że drugie tomy zawsze są najgorsze. Służą jako przejście między pierwszym, w którym zapoznajemy się z historią, a trzecim, gdzie akcja przyspiesza i zazwyczaj większość rzeczy wyjaśnia się, prowadząc do epickiego zakończenia. Korona w mroku to druga część, co prawda nie trylogii, lecz wciąż pojawia się widmo klątwy drugiego tomu. Czy w tym przypadku książce udało się uchronić przed tą przypadłością?

Celaena wygrała turniej na Królewską Obrończynie, jednak droga do wolności wciąż znajduje się poza zasięgiem jej wzroku. Musi wypełniać zadania powierzone jej przez króla mimo, że nie zawsze zgadza się z jego osądem. Ponad to, w zamku znowu pojawia się zagrożenie i Zabójczyni jest odpowiedzialna za rozwiązanie zagadki, powierzonej jej przez pradawną władczynię Elenę.

Tak jak przy opinii pierwszego tomu muszę przyznać, że jestem totalnie oczarowana. Znowu otrzymałam barwną historię, w której dzieje się jeszcze więcej niż w poprzedniej części i która wywołała we mnie jeszcze większy kac czytelniczy. A klątwa drugiego tomu? U pani Maas nie ma czegoś takiego jak klątwa drugiego tomu. Każda jej książka jest lepsza od poprzedniej i tak było tym razem. Szklany tron to poprawny, intrygujący wstęp, ale to w Koronie w mroku akcja zaczyna się rozwijać. Zagłębiamy się w świat magii i poznajemy jeszcze więcej zagadek, czyhających na naszych bohaterów.

Korona w mroku jest jedną z moich ulubionych części tego cyklu (chociaż kocham wszystkie całym serduszkiem). Wpływ ma na to fakt, że akurat w tym tomie duży nacisk położony jest na relacje Celaeny i Chaola. Jak wiecie, albo i nie, uwielbiam kapitana, dlatego ta część tak bardzo przypadła mi do gustu. Jego opanowanie, które w stosunku do Zabójczyni zamienia się w potok uczuć i niesamowitą opiekuńczość, urzekło mnie już w Szklanym tronie, a w Koronie w mroku moje zauroczenie tylko przybrało na sile. Kibicowałam tej dwójce od samego początku i byłam ogromnie szczęśliwa, gdy wszystko poszło w końcu po mojej myśli. 

Zaczęłam trochę nie po kolei, bo od romansu, który jest przecież najmniej istotny w tej powieści. Na pierwszy plan wysuwają się magiczne zagadki, które Celaena i jej przyjaciółka Nahemia próbują rozwiązać. W Koronie w mroku czułam o wiele więcej magii i właśnie w tej części na poważnie zanurzyłam się w świecie wykreowanym przez Maas. Odnoszę wrażenie, że Szklany tron może być potraktowany jako młodzieżówka, która posiada nadnaturalne elementy, jednak Korona w mroku zalicza się już w pełni do literatury fantastycznej. Pradawne stwory, zaskakujące moce i tajemnica, której strzeże Celaena to tylko pojedyncze elementy, które połączone w jedną całość tworzą niesamowicie wciągającą lekturę, której nie da się odłożyć na półkę.

Kurczaki, nie mogę oczywiście nie wspomnieć o zakończeniu, które moim zdaniem jest najbardziej szokujące właśnie w tym tomie. Mimo, że już je znałam, bo czytałam te książkę drugi raz, to znowu byłam w szoku, tym jak Maas postanowiła zakończyć Koronę w mroku. Nie wyobrażam sobie, żebym musiała jeszcze raz czekać na trzeci tom, po tym co autorka zaserwowała na końcu drugiego, więc jeśli czytacie pierwszy raz tę serię, polecam wam od razu zaopatrzyć się w kolejne części, no chyba, że lubicie trwać w czytelniczym dołku, który dopadł i mnie. 

No i na zakończenie wisienka na torcie, czyli mój ulubiony bohater z tej części. Proszę o fanfary, bo tytuł ten otrzymuje Mort, kołatka na drzwiach do grobowca Eleny. Mort skradł moje serce od pierwszych stron, na których się pojawił. Uszczypliwa kołatka, która za cel swojego życia obrała zapoznanie każdego z historią swego dumnego powstania. Irytujący i prześmiewczy dodawał humoru całej powieści i z niecierpliwością czekałam na sceny, w których występował. Koronę w mroku warto przeczytać chociażby po to, aby poznać Morta.

Nie chcę się znowu powtarzać, ale kocham serię Szklany tron. Korona w mroku to świetna kontynuacja, wzbudzająca jeszcze więcej podejrzeń i wątpliwość. Porwała mnie na kilka dni i nie chciała wypuścić ze swoich szponów i już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po Dziedzictwo ognia i ponownie zanurzę się w losach Zabójczyni.

★★★★★★★★★☆

piątek, 14 kwietnia 2017

O dramach na bookstagramie

Jeśli funkcjonujecie w społeczności bookstagram'a to pewnie zauważyliście, że ostatnio porobiło się tam sporo dram. Nikt tak naprawdę nie wie o co w nich chodzi i każdy, kto próbuje się tego dowiedzieć, zazwyczaj nie dochodzi do niczego konkretnego. Tu się jeden booktuber pokłócił z drugim, a tam oskarżają kolejną bookstagramowiczę o kupowanie obserwacji, bo zbyt szybko one do niej przybyły. Każdy nakręca siebie nawzajem i wszyscy tracimy orientacje w tym temacie, nie wiedząc co się tu dzieje. 

Szczerze mówiąc zaczęło mnie to już trochę męczyć, więc postanowiłam napisać post, w którym zawrę wszystko, co mam do przekazania na ten temat i będę mogła w końcu odciąć się od tego wątku w stu procentach. 

Można powiedzieć, że bookstagramowiczem jestem już zaawansowanym. Ponad rok trwam w tej społeczności i co nieco już się o niej dowiedziałam. Jednak jak długo tam przebywam, jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby wywiązał się tam jakiś konflikt na większą skale. Ostatnie dni to jest jeden wielki żart, a najlepsze jest w tym to, że nawet nie do końca wiem o co chodzi i jaki jest tego cel. Ktoś nie zrozumiał czyjegoś żartu, albo nie poszukał źródła przypływu obserwacji i już wielki konflikt. LUDZIE. Czy my naprawdę nie mamy co robić w życiu innego niż rozdmuchiwać jakieś mało istotne sprawy? Okej, jestem jak najbardziej za tym, żeby zwracać uwagę na działania krzywdzące, takie jak kupowanie obserwatorów, bo jednak jest to nieuczciwe wobec kont, które od samego początku wkładają całe swoje serce w robienie zdjęć, ale ile można. Nawet jeśli ktoś kupił sobie obserwacje, to ta osoba powinna się tego wstydzić i to ona będzie miała cały czas świadomość, że buduje swoje konto na pustych liczbach, za którymi nie kryją się prawdziwi czytelnicy. 

Osoby, które uczestniczą w tych "dramach" zamiast dać sobie w końcu spokój, kierując się zasadą "mądrzejszy głupszemu ustąpi", wolą ciągle rozdmuchiwać temat na swoich story. Dodawać kolejne screen'y z rozmów oraz podawać na tacy złote środki na brak dram. Wiecie jaki jest złoty środek na brak dram? Zajęcie się własną pasją i własnym kontem, bez wpieprzania się w cudzą twórczość i pogląd na świat. Wtedy będzie się nam o wiele lepiej żyło i funkcjonowało w naszej coraz większej społeczności. 

Mam wrażenie, że ostatnio coraz więcej osób zapomina właśnie o pasji, która jest najważniejsza. Nie zliczę ile razy spotkałam się już z prośbą o udostępnienie czyjegoś konta na story, tylko dlatego, że osoba zaczyna i próbuję się wybić na innych użytkownikach. Kochani, nie tędy droga, każdy kiedyś zaczynał i uwierzcie, że o wiele większą satysfakcję sprawi wam zdobycie obserwacji dzięki pracy, a nie pustym poleceniom na story, o które ładnie poprosicie w wiadomości prywatnej. Nie oznacza to, że wcale nie udostępniam innych profili na story. Udostępniam, ale tylko te, które sama wybiorę i które mi się po prostu podobają.

Myślę, że niedawno powstały hashtag #bookstagramtopasja pasuje tutaj idealnie. Pamiętajcie! BOOKSTAGRAM TO PASJA. Nie liczba obserwatorów czy serduszek pod zdjęciami. Bookstagram to miłość do czytania, robienia zdjęć książkom i rozmawiania o nich. Zapomnijcie w końcu o dramach i ciągłym pouczaniu innych. Niech to cudowne miejsce będzie jak kiedyś, gdzie każdy będzie mógł znaleźć swoich odbiorców do dzielenia się przede wszystkim miłością do książek.

Tym postem kończę moje wypowiadanie się na ten temat. Przyjęłam już zasadę, że będę po prostu blokować osoby, które sieją niepotrzebny zamęt na bookstagramie i myślę, że wyjdzie mi to na zdrowie. Do następnego.
Copyright © 2016 oddam ci książkę , Blogger