poniedziałek, 26 czerwca 2017

Światło, które utraciliśmy | Jill Santopolo | Przedpremierowo

Światło, które utraciliśmy | Jill Santopolo | Przedpremierowo

Światło, które utraciliśmy przeczytałam już jakiś czas temu, ale wciąż nie byłam gotowa, aby napisać o nim opinię. Odkładałam ten moment na później i w między czasie skupiłam się na innych pozycjach, cały czas unikając tej. W końcu jednak przyszła tak chwila, gdy wypadałoby trochę wam o niej opowiedzieć i przyznać się, dlaczego nie mogłam przysiąść do napisana akurat tego konkretnego postu.

Lucy i Gabe poznają się w jeden z najtragiczniejszych dni dla ludzkości. Gdy 11 września 2001 roku na drugim końcu Nowego Jorku runęły wieże WTC, oni znajdowali się na uczelni i razem przeżywali to wydarzenie. Mimo że widzieli się pierwszy raz w życiu to między nimi pojawiła się silna więź, którą postanowili utrzymać. Nie wszystko jednak może układać się tak cudownie. W pewnym momencie Gabe przyjmuje propozycję pracy jako reporter na Bliskim Wschodzie i opuszcza Lucy. Dziewczyna musi na nowo poukładać swoje życie, tym razem bez ukochanego i spróbować o nim zapomnieć, ale czy można wyrzucić z głowy swoją pierwszą miłość?

Pierwsze podstawowe pytanie: czemu nie mogłam się zabrać za napisanie posta skoro opis brzmi jak kolejna historia miłosna jakich wiele? A no bo dlatego, że to wcale nie jest tak jak się wam może wydawać. Światło, które utraciliśmy to coś więcej, niż następna powtarzalna i trywialna obyczajówka. To książka przepełniona smutkiem i melancholią, o której ciężko pisać, z obawy o zapomnieniu o jakimś ważnym aspekcie tej historii.

Po przeczytaniu opisu spodziewałam się opowieści o miłości Lucy i Gabe'a i faktycznie jest ona głównym tematem, jednak nie w bezpośredni sposób. Pojawia się tam jeszcze jeden istotny bohater, Darren, co powoduje powstanie trójkąta miłosnego, który nie jest takim typowym trójkątem miłosnym, bo Lucy nie waha się między dwoma mężczyznami. Wcześniej była z Gabe'm, teraz jest z Darrenem i nie łączy w żaden romantyczny sposób tych dwóch postaci. Mimo wszystko ma się wrażenie, jakby trwała w obu związkach jednocześnie ze względu na narrację, w której Lucy cały czas zwraca się do Gabe'a. Ten zabieg sprawia, że cała książka jest swego rodzaju opowiedzeniem życia. Tak jakby Lucy i Gabe usiedli pewnego zimowego dnia przy kominku z gorącą herbatą w ręce i ta pierwsza z nich zaczęła opowiadać długą bajkę, na którą składa się jej życie. Z tego co sobie przypominam jeszcze nie miałam okazji czytać książki skonstruowanej w taki sposób i ten pomysł bardzo mi się spodobał. Cały czas czułam, że jakaś tragedia wisi w powietrzu, więc napędzało mnie to do dalszego czytania i odkrycia tajemnic zawartych w tej książce.



Fabuła tej książki składa się na kilkanaście lat z życia bohaterów i mimo że po wyjeździe Gabe'a nie mają oni ze sobą dużo wspólnego, to ich losy przez całą książkę splatają się ze sobą w różnych momentach. Dzięki temu rozciągnięciu akcji na tak długi okres czasu, mogłam zobaczyć jak rozwija się przede wszystkim historia Lucy i jak stopniowo stara się zapomnieć o swojej pierwszej miłości, która zostawiła na niej niewyobrażalne ślady. Każde spotkanie Lucy i Gabe'a, które czasem miało miejsce nawet w odstępie kilku lat, wyglądało tak, jakby nie widzieli się góra dwa, trzy dni i właśnie to nie pozwalało im w zupełności zerwać ze sobą kontaktu. Nie dziwiłam się w takich momentach Darrenowi, że był niezadowolony z wizyty starej miłości swojej wybranki, skoro każdy wokół widział, że oboje darzą się wciąż trwającym uczuciem.

Światło, które utraciliśmy to niewątpliwie historia miłosna, jednak poruszająca wiele ważnych kwestii jak chociażby otworzenie oczu na otaczające ludzi zło. Poczynając od ataku na WTC, który stanowi podstawę tej powieści, a kończąc na przeżyciach Gabe'a na Bliskim Wschodzie, gdzie każdego dnia musiał walczyć o życie. Tragizm obecnego świata cały czas towarzysz bohaterom i oboje nie mogą się pogodzić z zaistniałymi sytuacjami. Są uwrażliwieni na krzywdę i przez to, że poznali się w dzień wypadku, jest on ich prywatnym przeżyciem. Duży nacisk został położony w tej książce również na relacje domowe i związek między kobietą a mężczyzną na przestrzeni lat. Obowiązki dochodzące z każdem dniem wspólnego życia mogą zbliżyć do siebie, ale także oddalić. Typowe kryzysy związane z codziennością i brakiem zrozumienia to coś, co na pewno znajdziecie w Świetle, które utraciliśmy.

Wiem, że nie powinnam, ale ostatnio często zdarza mi się wspominać o okładkach, które zdobią treść książek. Te kolory, to połączenie panoramy miasta i pary zakochanych wygląda obłędnie i podczas czytania nie mogłam skupić się na treści, bo ciągle wracałam myślami do tej pięknej oprawy. Planuje kiedyś stworzyć post o najpiękniejszych okładkach na mojej półce i teraz boje się, że będzie on trwał bez końca, tyle cudowności pojawia się na naszym rynku wydawniczym.

Czasami tak jest, że po przeczytaniu kilku pierwszych stron już wiem, że książka mnie zachwyci i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Tak też było ze Światłem, które utraciliśmy. Zakochałam się w tej historii i na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę w przyszłości.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

Premiera książki już 5 lipca!

czwartek, 22 czerwca 2017

Dlaczego nie komentuję waszych postów? Ważne informacje

Dzisiaj trochę nietypowo, bo przychodzę do was z postem informacyjnym, dotyczącym tego, co w najbliższym czasie będzie działo się na blogu. Dwudziestego trzeciego czerwca wyjeżdżam do pracy za granicę, z której wrócę w ostatnim tygodniu lipca (a przynajmniej taki jest początkowy zamysł). W tym czasie jestem prawie pewna, że nie będę miała ani czasu, ani możliwości przebywać tutaj, w blogosferze tak, jak to dzieje się teraz, stąd tytuł posta. Zawsze staram się udzielać na waszych blogach, czytam i komentuje wszystkie posty, które umieszczacie, ale teraz nie będę po prostu w stanie tego zrobić. Oczywiście jak wrócę, będę próbowała to nadrobić, ale już wiem, że fizycznie nie dam rady się dokopać do wpisów sprzed miesiąca. Mam nadzieję, że ta moja czasowa nieobecność nie sprawi, że ode mnie uciekniecie.:)

Co do postów u mnie na blogu, to pojawiać się one będą. W czerwcu przeczytałam sporo książek, o których napisałam opinię i zaplanowałam je na automatyczne dodawanie. Również w tym okresie standardowo pojawi się book haul oraz coś nowego, bo poradnik, jak robić zdjęcia na bookstagram. Właśnie, co z bookstagramem? Zdjęcia tam powinny się pojawiać, bo z tego co się zorientowałam będę miała możliwość ich dodawania, ale nie wiem jak będzie z systematycznością. Na story postaram się informować was na bieżąco.

To tyle z moich ogłoszeń parafialnych. Może uznacie, że bez sensu się tłumaczę, ale blogowanie weszło mi tak bardzo w krew, że nie wyobrażam sobie, aby moja strona miała teraz być nieaktywna przez miesiąc, a poza tym czuję zobowiązanie wobec osób, które poświęcają swój czas, aby czytać moje posty. Nie chcę abyście zostali z niczym i mam nadzieję, że ten najbliższy miesiąc minie bardzo szybko i będę mogła do was wrócić.:)

wtorek, 20 czerwca 2017

Top 5 książek na wakacje

Top 5 książek na wakacje
Wakacje tuż tuż a wiąże się z nimi oczywiście mnóstwo wolnego czasu, który większość książkoholików poświęci na czytanie. A skoro czytać możemy więcej to czemu nie poznać by nowych świetnych historii. Stąd pomysł na topkę wakacyjną, w której co nieco opowiem wam o dwóch seriach i trzech książkach idealnych, według mnie, na ten letni okres. 


Zabierz się za Szklany tron jeśli szukasz:
- silnej, sarkastycznej głównej bohaterki, która nie da sobie w kaszę dmuchać
- książek osadzonych w świecie fantasy tak genialnym, że nie da się tego opisać słowami
- samych cudownych mężczyzn urozmaicających historię 
- magii, magii i jeszcze raz magii rozwijającej się w naturalnym tempie
- książek, które złamią ci serce, ale jednocześnie staną się ulubieńcem wszech czasów
- czegoś obszernego, w co można się wgłębić, bo posiada (narazie) pięć grubiutkich tomów


Zabierz się za Percy'ego Jacksona jeśli szukasz:
- serii z mnóstwem humoru, który dostarcza jedyny i niepowtarzalny satyr Grover
- książek tak lekkich i przyjemnych, że ich pochłonięcie zajmie niewiele czasu
- dużej ilości mitologii podanej w przystępny i zabawny sposób
- zwrotów akcji i wielu zagadek
- bohaterów, których nie da się nie pokochać


Zabierz się za Dziewczyna i chłopak wszystko na opak jeśli szukasz:
- uroczej opowieści o pierwszej miłości nastolatktów
- historii przedstawionej z dwóch perspektyw, które diametralnie się od siebie różnią
- książki, po której będziesz mógł/mogła zabrać się za fantastyczną ekranizację
- pozycji, dzięki której z twojej twarzy nie zejdzie uśmiech


Zabierz się za Między teraz a wiecznością jeśli:
- podobała ci się trylogia czasu i szukasz czegoś w podobnych klimatach
- liczysz na niezobowiązującą, prostą lekturę
- chcesz móc odkryć zagadkę kryjącą się na kartach tej powieści
- niestraszne ci duchy i inne nadprzyrodzone stworzenia


Zabierz się za Oddam ci słońce jeśli szukasz:
- wątku lgbt
- cudownych, mądrych cytatów, które zostaną z tobą na dłużej
- historii zaskakującej, ale również łamiącej serce
- motywu sztuki przewijającego się przez całą książkę
- wyrazistych bohaterów, których nie da się zapomnieć

Jak widzicie, dzisiejszy post postanowiłam stworzyć w trochę innej konwencji, aby nie nie przynudzać za długim tekstem. Postawiłam na główne cechy wybranych książek, więc tym sposobem każdy z was może sam zdecydować, czy dana pozycja go zainteresuje. Ja każdą z nich polecam i mam nadzieję, że sięgniecie po którąś z nich w te nadchodzące wakacje. Uściski.

sobota, 17 czerwca 2017

Nothing less | Anna Todd

Nothing less | Anna Todd

Książki od Anny Todd to moje guilty pleasure. Wiem, że są słabe, średnio napisane i nie wnoszą nic do mojego życia, ale czytanie ich jest tak lekkie i przyjemne, że nie potrafiłam sobie odmówić i tego "dzieła". Jeśli czytaliście moją opinię o Nothing more to wiecie, że chciałam kontynuować historię Landona, aby sprawdzić czy w końcu pójdzie po rozum do głowy. Ta ciekawość sprawiła, że Nothing less jest już za mną i czas podzielić się z wami tym, co o niej sądzę.

Landon jest rozerwany między dwiema kobietami. Nie wie, która będzie tą odpowiednią i wciąż próbuje podjąć dobrą decyzję. Z jednej strony fascynuje go śliczna cukierniczka Nora. Z drugiej jednak z Dakotą łączy go długa historia, której nie da się pozbyć w ciągu kilku minut. Landon wie, że nie może mieć dwóch dziewczyn jednocześnie, dlatego staje przed bardzo ważnym wyborem, który na pewno wyeliminuje jedną z nich z jego życia.

Cała ta książką rozpoczyna się prologiem, w którym to Landon jest już ojcem i rozmawia ze swoją córeczką. Pojawia się tam również jego partnerka, ale nie zostaje wymieniona z imienia, a główny bohater zwraca się do niej per żono. Już po tym krótkim wstępie mogłam się domyśleć, że cała książka będzie dążyła do tego, abym w końcu poznała, którą z tych dwóch kobiet wybrał Landon. Zamierzenie ciekawe, bo motywujące do czytania, ale szczerze mówiąc od samego początku wiedziałam jaki będzie werdykt. Już w połowie pierwszej części miałam swoją teorię i się ona potwierdziła. Mimo wszystko nie zdradzę wam, którą dziewczynę Landon finalnie wybrał i możecie sami się przekonać poprzez lekturę tej książki.

Przyjmując do recenzji tę pozycję zostałam zapewniona, że jest ona lepsza niż jej poprzedniczka i faktycznie tak było. Głównie jest to zasługa niewielkiej ilości Dakoty na kartach tej powieści. Była to najbardziej egoistyczna i egocentryczna bohaterka na całym bożym świecie przez co Nothing more irytowało mnie niemiłosiernie. W drugim tomie pojawia się ona na szczęście tylko epizodycznie, co pozwoliło mi bardziej cieszyć się lekturą. Co prawda Landon wspominał o niej sporo w swoich przemyśleniach, ale same te opisy nie działały mi na nerwy i póki sama Dakota w swojej fizycznej postaci się nie ujawniała, ja byłam szczęśliwa.



Na plus zaliczam również postać Landona, która poprawiła się w tym tomie. Nie jest to jakaś super duża zmiana, ale w końcu zaczął inaczej patrzeć na swoją sytuację i przede wszystkim na Dakotę. Nie dawał się tak bardzo wykorzystywać i zaczął budować swoją pewność siebie, w czym niewątpliwe pomogła mu Nora. Nareszcie nie był mieszany z błotem i traktowany jak popychadło, ale chwalony za swoją dobroć, którą okazywał innym. Te zmiany mnie usatysfakcjonowały, ale z drugiej strony były lekko nierealne. Akcja Nothing less zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się ta w Nothing more, a Landon od razu, w przeciągu dosłownie dnia, zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Czy według was nie jest to trochę szybko, jak na tak drastyczne przemiany w sposobie myślenia? Myślę, że jest i to o wiele, ale przyzwyczaiłam się do małych błędów logicznych w tych książkach i nie przeszkadzały mi one aż tak bardzo.

Skoro już dwójkę bohaterów pokrótce omówiłam, to wypadałoby też wspomnieć o osławionej Norze. Kobiecie, która była schematyczna, tak jak większość rzeczy w tej książce. Nora ma tajemnicę, której broń Boże nie może wyjawić Landonowi, bo by się od niej przecież odwrócił i tak dalej, i tak dalej. Ten swój wielki sekret chroni i pielęgnuje, jak tylko może, a najzabawniejsze jest to, że gdy Landon w końcu go odkrył miał reakcje w stylu "ok, czy to było takie straszne?". Zbytnio się nie przejął i nie zmienił swojego stosunku do cukierniczki, więc nie do końca rozumiem po co pojawiła się tutaj ta cała zagadka. Może Anna Todd po prostu nie bardzo wiedziała jak urozmaicić tę historię i postanowiła zastosować najbardziej banalny i przewidywalny schemat znany od wieków. Nie wiem, nie mnie to oceniać, bo nie siedzę w głowie autorki. 

Wiecie co najbardziej podobało mi się w tej książce i w dużym stopniu wpłynęło na uznanie jej za lepszą od pierwszej części? Hardin, który był zapowiadany przez całe Nothing more i w końcu pojawił się w Nothing less. Jestem świadoma, jak wielkim dupkiem i typowym "bad boy'em" on jest, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób go lubię. Szczególnie ironię, którą się cały czas posługuje, co jest tak bardzo w moim stylu, że zawsze uśmiechałam się, gdy pojawiał się na kartach tej powieści. Nie stanowi on oczywiście zbyt dużej części tej historii, ale był przyjemnym dodatkiem, którego w końcu się doczekałam.

Powtórzę się i ponownie napiszę, że książki Anny Todd nie są arcydziełem. Schematyczne do bólu i momentami przepełnione idiotycznymi rozmyśleniami, jednak napisane w tak prosty i przystępny sposób, że ich lektura nie sprawia dużo problemów i wręcz odpręża oraz cieszy. Znajdziecie w nich mnóstwo humoru oraz odniesień do popularnych serii takich jak osławiony Harry Potter, czy chociażby do znienawidzonego przeze mnie serialu Shadowhunters. Przez te wszystkie drobnostki, historie pani Todd cały czas się przewijają przez moje czytelnicze życie i znając siebie, jeszcze po coś z jej dorobku kiedyś sięgnę.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 13 czerwca 2017

Początek wszystkiego | Robyn Schneider | Przedpremierowo

Początek wszystkiego | Robyn Schneider | Przedpremierowo

Początek wszystkiego to książka, która przede wszystkim rzuca się w oczy dzięki pięknej oprawie. Wydawnictwo Otwarte coraz wyżej podnosi sobie poprzeczkę i każda ich okładka jest piękniejsza od poprzedniej. Niestety często pod śliczną oprawą kryje się okropna treść, która woła o pomstę do nieba. Na szczęście Początek wszystkiego nie był jedną z takich historii i broni się sam w sobie.

Ezra Faulkner to chłopak idealny. Jest gwiazdą tenisa i cieszy się ponad przeciętną urodą. Otacza go wianuszek dziewcząt i ma nawet zostać królem balu maturalnego. Jeden wypadek jednak zmienia wszystko w jego życiu. Traci najwierniejszych przyjaciół, a także szansę na karierę sportową i musi na nowo określić kim jest. Gdy spotyka Cassidy Thopre wie, że to ona może mu pomóc zacząć wszystko od początku.

Nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje, ale to już druga książka, która skojarzyła mi się z Papierowymi miastami. Tym razem podobieństwo widzę w przemianie jaka zachodzi zarówno w Ezrze jak i głównym bohaterze książki pana Zielonego - Quentinie. Obaj ci bohaterowie zmieniają się pod wpływem niesamowitej dziewczyny, ale na tym kończą się cechy wspólne dwóch wymienionych wyżej książek, więc nie musicie się obawiać powielania schematów. 

Gdy zaczęłam czytać tę książkę byłam zachwycona tym, że w końcu doczekałam się czegoś tylko z perspektywy męskiej. Zazwyczaj tego typu powieści, czyli połączenie młodzieżówki i romansu, są ukazane z punktu płci pięknej, czemu towarzyszy mnóstwo długich i szczegółowych opisów przeżyć wewnętrznych bohaterki rozważającej swoje uczucia do jakiegoś chłopaka. Tutaj zostało mi to oszczędzone, a Ezra okazał się naprawdę fajnym i rzeczowym narratorem, którego polubiłam od samego początku. Nie przynudzał, nie rozwlekał, ale również potrafił przedstawić każdą sytuację w odpowiedni sposób. Sam również był konkretnym bohaterem. Mimo że stracił praktycznie wszystko w nieszczęśliwym wypadku, nie użalał się nad sobą tak mocno, jak pozwalała na to sytuacja. Poza tym urzekło mnie jego imię. Wiem, że nie jest to jakiś znaczący czynnik, który może zaważyć na ocenie tej książki, ale po prostu muszę się trochę pozachwycać. 


W książce z wątkiem romantycznym nie może zabraknąć tej drugiej strony, czyli w tym przypadku Cassidy Thrope. Jej osoba w pewnym stopniu zbudowana jest na kilku popularnych schematach: dziewczyna inna niż wszystkie, piękna dzięki swojej odmienność, niezależna. Początkowo mnie to lekko zraziło do jej postaci, bo ile można czytać o tych wyjątkowych bohaterkach, ale stopniowo zaczęła zdobywać moją sympatię. Chyba głównie dlatego, że była uosobieniem spontaniczności i życia pełną piersią. Chwytała każdy dzień i wyciągała z niego jak najwięcej. Należała również do tych inteligentnych bohaterek, które nie polegają wyłącznie na chłopaku i potrafią mieć swoje zdanie i się go trzymać. Otoczona pewną mgiełką tajemnicy i nie tak oczywista jak reszta. 

Coś, co zdziwiło mnie najbardziej w tej książce, to jej klimat. Wszystkie wydarzenia dzieją się podczas roku szkolnego, ale cały czas miałam wrażenie, że akcja rozgrywa się w wakacje. Może dlatego, że autorka nie skupiła się tylko na przedstawianiu życia szkolnego, ale również tego co dzieje się poza nim i nawet jak bohaterowie przygotowali się do kolejnej debaty, miałam wrażenie, że robią to w letni wieczór tylko dla przyjemności. Dzięki tamu specyficznemu połączeniu czytając Początek wszystkiego zbliżyłam się jeszcze bardziej do nadchodzących wakacji (chodź ja mam je już od miesiąca). 

Początek wszystkiego to tytuł, który idealnie pasuje do treści. Po wypadku Ezra musi na nowo odkryć siebie i znaleźć inną drogę, którą ma podążać. Porzuca fałszywych przyjaciół, którzy nie zdobyli się nawet na odwiedzenie go w szpitalu i dołącza do grupy swojego starego przyjaciela Tobiego. Ta różnorodna paczka okazuje się być o wiele bardziej wyrozumiał i życzliwa niż zapatrzeni w siebie sportowcy, a w wróceniu do "życia" najbardziej pomaga mu Cassidy. Dziewczyna pokazuje, że warto być zawsze sobą i tylko sobą, bo życie jest zbyt ulotne na jakiekolwiek udawanie. Właśnie to mądre przesłanie jest kolejnym elementem, który przekonuje mnie do tej książki i sprawia, że tak bardzo mi się spodobała.

Muszę przyznać, że Początek wszystkiego zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Spodziewałam się kolejnej, zwyczajnej młodzieżówki i ta książka nią jest, ale coś sprawia, że wyróżnia się na tle wszystkich powieści kryjących się pod tym gatunkiem. Pomimo pojawiających się schematów była miłym towarzyszem w podróży, bo właśnie w pociągach, i czekając na nie, ją przeczytałam, a droga dzięki temu minęła mi o wiele szybciej niż zwykle.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

Premiera książki już 14 czerwca!
Copyright © 2016 oddam ci książkę , Blogger